Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

Grizzly Bear - Shields [2012]

To naprawdę zaskakujące, jak dużo fajnych kawałków i jak wiele ciekawych kapel można wyhaczyć z reklam. Chwytliwe kilkusekundowe dżingle, będące tłem do nowej samochodowej/telefonicznej/żywnościowej oferty potrafią, wbrew naszej woli, chodzić za nami przez całe dnie. Ja taką sytuację miałam między innymi z singlem "Two Weeks" Grizzly Bear. Nie dam głowy, w jakiej reklamie utwór się przewinął, ale na pewno było to moje pierwsze zderzenie z nowojorską formacją. "Two Weeks" było czymś, co opisałabym po prostu jako damn catchy song. Nuta nostalgii mieszała się z niemal folkową lekkością i dawką zaraźliwego optymizmu. Od tej piosenki niedaleko było do poznania pełnego albumu grupy "Veckatimest", który ogromnie mnie wciągnął. Z "Shields" sytuacja ma się nieco inaczej...

Nowe dzieło jest intrygujące, bogato zaaranżowane i... dwuwymiarowe. Strasznie długo szło mi pisanie tej recenzji, gdyż podczas słuchania krążka doświadczałam skrajnie różnych emocji, od pełnej aprobaty i zachwytu do bardziej sceptycznego podejścia. Z jednej strony utwory są niezwykłe. Zespół eksperymentuje - momenty, w których na piedestał wkracza psychodeliczna abstrakcja ocierają się o granice geniuszu! Tak dzieje się chociażby w zdominowanym przez gitary "Sleeping Ute", czy we frapującym rozwiązaniu singla "Yet Again" (który jednak sam w sobie jest ładny, prosty i nic więcej). Ponadto Grizzly Bear są szalenie emocjonalni i słychać to nie tylko w tekstach o relacjach międzyludzkich, samotności i potrzebie bliskości. Ostatnie dwie piosenki, jakimi są "Half Gate" i "Sun In Your Eyes" stanowią monumentalne zakończenie wydawnictwa. To utwory z pompą, wręcz wzniosłe. Oba wyrastają z początkowo przygaszonych melodii - kolejno wiolonczeli i pianina - by przejść w mocne uderzenie, które ciarami rozchodzi się po ciele słuchacza. Cały ten patetyzm zespół przełamuje dwoma utworami bardziej rozrywkowymi. Jednym z nich jest "Speak in Rounds", przy którym dosłownie nie da się usiedzieć w miejscu. Wraz z nadejściem energicznego refrenu czujesz porażającą potrzebę, by wstać i zacząć tańczyć. Drugą propozycją jest delikatnie elektroniczne "Gun-Shy" z przepięknym basem, mój faworyt, mimo swojej skromności. Jednakże mam pewien dość znaczący problem z tym albumem - co, oprócz dwóch pozycji wymienionych powyżej, będę zapętlać z uporem maniaka? Czy płyta wystarczająco wpada w ucho? Przecież nie ma tu tradycyjnych hitów. Kiedy więc zacznie się nudzić? Psychodelia jest świetna, ale na jak długo?

Wiele muzycznych serwisów rozpatruje "Shields" w kategorii najlepszych albumów tego roku. Zgadzam się, że jest on bardzo dobry, oryginalny i z potencjałem, ale chyba pierwszy raz od dawna jestem aż tak pełna wątpliwości (wybaczcie!) i sama nie mam pojęcia, jak będę odbierać go pod koniec grudnia. Czas pokaże.

Kasia

The Killers - Battle Born [2012]

Jest ciepły wrześniowy wieczór. Zatopiony w ciemnościach pokój robi wrażenie pustego i niezamieszkałego. Mrok opanował wszystkie zakamarki tego ponurego i cichego miejsca. Na kanapie leży kurtka, a obok miej płyta z okładką w czerwonych barwach. Jeszcze dalej możemy (jest trudno, ale jednak możemy) dostrzec czysty (dosłownie i w przenośni) notes i perfekcyjnie zatemperowany, zielony ołówek pewnej znanej firmy, trudniącej się między innymi wyrobem… ołówków, cóż za zaskoczenie. Nagle do pomieszczenia wchodzi równie posępna persona co sam pokój. Po ruchach ciała widać, że słabo mu się powodzi, albo że jest kolesiem, który pisze w Polsce muzyczne recenzje. O, sięga po płytę – zatem na bank recenzent. Zapala światło, patrzy chwilę na okładkę i nagle rzuca ją dokładnie tam, gdzie leży notes z perfekcyjnie zatemperowanym ołówkiem pewnej znanej firmy... Czy ja was zanudzam? Anyway, wreszcie enigmatyczna postać przemawia.

Ja: Ej, wiecie co? Jest wrzesień, więc ja wciąż mam wakacje. A jeśli ma się wakacje, to trzeba z nich korzystać, prawda? Więc przykro mi, ale nie będzie tej recenzji, bo póki jest jeszcze w miarę ciepło, to trzeba wyjść gdzieś z domu. W końcu ostatnie dni wolne od nauki (niby potem zaczyna się nauka, jasne).

Dryń, dryń.

Ja: O, dostałem sms-a, już na mnie czekają. Więc sami widzicie, przygoda wzywa. Choć wiem, że takie wojaże grożą śmiercią pod kołami auta, motocykla czy roweru, to jednak ryzykuję i jestem gotów na spotkanie ze śmiercią. To na ra...

Do pokoju wparował mój głupi kot.

Ja: Ej, a ty tu czego? Kuweta stoi zupełnie gdzie indziej.
Mój głupi kot: Jezu, czemu głupi, za grosz szacunku dla zwierząt. Poczekaj, mam kontakty z PETA, już oni cię załatwią.
Ja: No dobra, masz, ciesz się. (magia)
Mój kot: Jak to twój? Myślisz, że jestem twoją własnością?
Ja: Bosz... (magia) [2]
Kot: No widzisz, od razu lepiej, chociaż gdyby zamiast tego dać moje imię, albo najlepiej moje dwa...
Ja: Yo man, nie ma czasu na takie głupoty, dostałem sms-a, jestem ustawiony i już mnie tu nie ma, nara.
Kot: I ciągle ten polski hip-hopowy slang, co ty człowieku, myślisz, że jak skończyłeś podstawówkę, to już jesteś wykształcony?
Ja: Ej, co ty masz do polskiego rapu? Weź se posłuchaj Mesa, K 44, Molestę, Pezeta...
Kot: O lol, człowieku, weź ogarnij, co ty w ogóle p*********?
Ja: No i widzisz, naczelna cię ocenzurowała.
Kot: Dlaczego?
Ja: Bo jesteś na blogu, który czyta inteligentna młodzież, a nie jakiś podrzędny plebs z rynsztoka, łapiesz?
Kot: I zawsze jak coś powiem niecenzuralnego, to pojawią się te gwiazdki?
Ja: No zawsze.
Kot: No dobra, to zróbmy inaczej. (odchrząknął) Co ty w ogóle powiadasz? No i teraz wszyscy będą myśleli, że jestem lamusem.
Ja: Dlaczego dopiero teraz? (na ustach recenzenta pojawia się szyderczy uśmiech triumfu)
Kot: Ej dobra, chodziło mi o to, że Pezet teraz gra dubstepy, a nie hip-hop. Słyszałeś chociaż „Supergirl”?
Ja: Co ty p... owiadasz? No to się porobiło. Ale to nie zmienia faktu, że każdy może mówić jak mu się podoba. A zresztą nie mam już czasu, lecę, elo.
Kot: Ech... No to powiedz chociaż o czym miała być ta recka?
Ja: Jaka re…? A dlaczego kogoś takiego jak ty, w sensie kota interesuje to, o czym mam pisać reckę? Serio, bo dla mnie to jest nienormalne.
Kot: Mocne słowa jak na kolesia, który od jakiegoś czasu gada ze zwierzęciem (jakże wspaniała riposta i jeszcze bardziej triumfalny uśmiech pojawia się na tym razem na usta… na kocie)
Ja: Ok, ok, dobra. Nowa płytka The Killers, kojarzysz typów?
Kot: Nowa płytka The Killers powiadasz? Battle Born tak? Słyszałem. Stary, jakie g****.
Ja: Aha, Natalia jest czujna, szybko zmień słowo na takie, żeby pasowało do kontekstu i żeby miało 5 liter i żeby jeszcze zaczynało się na g, bo inaczej na zawsze zostaniemy uwięzieni w tej recenzji jak w wirtualnym więzieniu. NA ZAWSZE!
Kot: Co?! Ale wcześniej! Że jak? Nie! NIE!!! Czekaj! Chwila! (intensywnie myśli, a serce wali mu jak dzwon Zygmunta)
Ja: Szybko! Czas leci! Trzy, dwa, je…
Kot: Czekaj! Mam!: Stary, jakie gupie.
Ja: Hehe, ale dałeś się nabrać koleś .
Kot: Weź człowieku, to ty jesteś nienormalny, ja tu mało co nie padłem na zawał, a ty se żarty robisz z kota…
Ja: No dobra, sorry. Żeby cię pocieszyć, powiem ci, że też słuchałem Battle Born i również uważam, że… to głupia płyta.
Kot: Serio? No, przynajmniej tu się zgadzamy :)
Ja: No tak. No ale trzeba przyznać, że kiedyś The Killers byli żenującą kopią New Order i całego tego 80s’owego, post-punkowego grania, a teraz…
Kot: Są żenująca kopią Def Leppard!
Ja: Exactly man! Trafiłeś w punkt! W ogóle maniera tych kawałków… Przecież to momentami brzmi jak wszystkie najgorsze momenty Muse w pigułce, w połączeniu z jakimś miałkim hard-rockiem tudzież emo-rockiem czy czymś tam.
Kot: A dotrwałeś do końca? Ostatni, w dodatku tytułowy utwór, wymiata po całości, he he.
Ja: No wiem, jak można oprzeć utwór na akordach z „Baba O'Riley”? Dla mnie to profanacja i totalny szajs.
Kot: No, a w dodatku melodie w każdej piosence są takie banalne, wymuszone i nudne. Ile słyszałeś ciekawszych kawałków od „Runaways”?
Ja: Bo ja wiem, jakieś 200, może 300?
Kot: Nie pytam ile słyszałeś lepszych kawałków w tym roku, tylko ile słyszałeś lepszych kawałków w ogóle?
Ja: Nie wiem! Milion? Człowieku! Mam te...

Kot przygląda się z pogardą recenzentowi, a w jego oczach można dostrzec rządzę zemsty…

Ja: No dobra. He he, człowieku. (grzeczniej) Kocie, mam teraz usiąść na krześle i zacząć się zastanawiać? Przez to, że mnie zagadałeś spóźnię się na umówione spotkanie.
Kot: O, a będą na tym spotkaniu jakieś fajne kotki? :)
Ja: Jasne, że bę... Zaraz! Chwila! Ty masz na myśli kotki w sensie... Tego to ja nie wiem, ale raczej nie idziemy pod płot. A co, chcesz iść?
Kot: Jasne, czemu nie?
Ja: Wziąłbym cię ze sobą, ale…
Kot: Ale co??
Ja: Ale musisz napisać za mnie reckę The Killers.
Kot: Ja!? Nie! Nie zrobisz mi tego! Proszę, weź mnie ze sobą, mogę założyć buty, mogę nawet zrobić takie oczy jak ten kot ze Shreka 2
Ja: Kot w butach… Dobra, pierwsze koty za płoty, co jeszcze możesz dla mnie zrobić?
Kot: Tak, pierwsze koty w butach za płoty. Yyy, na przykład mogę ci załatwić numer telefonu kobiety-kot (można przy niej dostać kota, serio)
Ja: A tak przy okazji, nie jesteś już z panią kot?
Kot: Wiesz, najpierw bawiliśmy się w kotka i myszkę, to było fajne. Potem jakoś było, przez jakiś czas żyliśmy na kocią łapę, ale jej to nie odpowiadało, więc zaczęliśmy drzeć ze sobą koty, aż w końcu... pogoniła mi kota...
Ja: Ech, to bardzo smutna historia, nawet się wzruszyłem i tak dalej, ale ja już muszę się zwijać…
Kot: Zostawiła mnie… (prawie płacząc) I co ja teraz zrobię…
Ja: Ok, to cześć, fajnie było pogadać…
Kot: Jak mogła to zrobić? A przecież nauczyłem ją otwierać puszki ogonem… (wybucha płaczem)
Ja: Ech… dobra. Kocie? (kot ociera łzy i odwraca głowę w kierunku recenzenta) Przynajmniej teraz wiem, dlaczego chodzisz swoimi własnymi drogami jak...
Kot: (już w formie) Wiem Einsteinie, jak kot...
Ja: Tak, ale ja już naprawdę muszę iść i wiesz co? Możesz iść ze mną jeśli chcesz...
Kot: Naprawdę? Super! Ja za to napiszę ci tę reckę!
Ja: Serio? Bo wiesz, my tu sobie gadamy, a w zasadzie nie licząc kilku zdań, nie powiedzieliśmy o nowym długograju The Killers dosłownie NIC!
Kot: Czekaj, zaraz wszystko będzie. Musisz mi tylko powiedzieć, tak jednym słowem, żebym wiedział co i jak… wiesz, jakbyś miał wydusić z Battle Born samiutką kwintesencje, to jakie to byłoby słowo?

Obaj myślą, aż nagle…

Ja i Kot: Dramat!

Kurtyna spada w dół.

Absolutny brak braw czy oklasków. Zza kurtyny dochodzą tylko dwa ciche głosy:

Ja: Ej, a serio znasz kobietę-kot?
Kot: No co ty, myślałem, że to cię jakoś zachęci.
Ja: Czyli ten cały występ z mamrotaniem i płaczem, to zwykła ściema, tak?
Kot: Musiałem coś ściemnić, żebyś mnie zabrał, c’nie?
Ja: Ja powiadam…

Tomek

We Draw A - Tears From The Sun

Zupełnie nie przekonuje mnie zespół Indigo Tree. Owszem, ich oszczędne, trochę senne i smutnawe piosenki z krainy sypialnianego psych-freak-folku są ładne, ale nie ma w nich nic, co mogłoby mnie porwać czy zaintrygować. Mówiąc bez ogródek: nudzi mnie takie granie, aczkolwiek wiem, że zespół ma oddane grono fanów i słuchaczy. Tym bardziej trochę zaskoczył mnie fakt, że to właśnie w obozie wrocławskiego duetu powstał wciąż tajemniczy dla większości muzyczny projekt. Na razie nie wiemy, czy "nowe dziecko" to zespół obu panów czy też solowy twór Peve'a Lety, ale stawiam na to pierwsze. Wiemy natomiast, jak brzmi pierwszy kawałek We Draw A.

Jedynym elementem łączącym "Tears From The Sun" z dokonaniami Indigo Tree jest wokal Peve'a, bo tkanka dźwiękowa jest diametralnie odmienna. Zamiast ponurego i momentami brudnego grania, dostajemy beatową elektronikę w ciepłym, tanecznym wdzianku. Bas od którego startuje piosenka przywołuje echa technicznych brzmień (trochę kojarzy mi się z "No Turning Back" Gui Boratto). Na jego tle Peve wyśpiewuje linijki tekstu, a następnie znika, a w jego miejsce pojawia się perkusja w rytmie 4/4 oraz piękny, eteryczny motywik, który doprowadza całość do kolejnej zwrotki. Potem dochodzi gitara i wzmocnienie beatu, przez co kawałek nabiera rozpędu i przeistacza się w świetny taneczny numer ze szczyptą melancholii. I to jest numer z Polski!

Gdybym miał przypisać tagi We Draw A, postawiłbym na sophisti-pop, dance-pop, synth-pop czy wreszcie post-pop. Może trochę przesadzam, bo jednak to jeszcze nie jest ten poziom, ale chyba można nazwać wrocławski projekt polskim The Diogenes Club. Tak czy inaczej, rodzi nam się kolejny świetny zespół w tej stylistyce (kolejny, bo patrzę na was Kamp!, kiedy płyta???), którego postępy trzeba bacznie śledzić. Prawdopodobnie już niedługo dostaniemy całą epkę od We Draw A, więc na bank nie omieszkam sprawdzić.

Tomek

The xx - Coexist [2012]

Recenzję tę rozpocznę od wspomnienia swojej relacji z koncertu brytyjskiego trio, która nie była zbyt pochlebna. Zarzucałam im przede wszystkim brak kontaktu z publiką. Z reguły pod sceną główną spodziewamy się wulkanu energii stwarzającego świetne warunki do tańca. Nie brakuje również stałego zapewniania fanów, że są najlepsi i przepraszania za długą nieobecność (banał, ale raczej się nikt dotąd nie skarżył). Grupa z Londynu łamie jednak wszystkie te zasady. To właśnie dystans dodaje uroku ich twórczości. Pomimo kompletnie odwrotnego podejścia do całego przemysłu muzycznego, to właśnie ta skromna trójka muzyków przyciągnęła kilkadziesiąt tysięcy ludzi pragnących kołysać się do spokojnych brzmień the xx. Usłyszenie zarówno starego jak i nowego materiału na żywo należało do niezapomnianych przeżyć, do których najzwyczajniej musiałam dojrzeć.
O dziwo to właśnie ich piosenek słuchałam najczęściej po zakończeniu festiwalu. Zaczęłam odkrywać „xx“ na nowo. Ponownie stworzyło niezapomniany klimat, za który w głównej mierze ceni się ową formację. „Coexist“ jest kolejnym potwierdzeniem tego, że Brytyjczycy nieprzypadkowo zaszli tak daleko.
Niby schemat ten sam – spokojne utwory z chwytliwą gitarą w tle, którym towarzyszą wokale Romy Croft i Olivera Sima. Wszystko dobrane do chwytliwych beatów Jamiego Smitha. Co więcej wciąż mamy do czynienia z bezpośrednim zwrotem do nieznanego przez nas adresata. Próżno doszukiwać się w „Coexist“ nawiązań do innych zespołów. The xx na przestrzeni lat wypracowali swój własny styl, a inspiracją są... oni sami. Nie oznacza to wcale tego, że ich nowe wydanie stanowi kopię poprzedniego. Beaty Jamiego Smitha stały się równie ważnym elementem, co efekty basowo-gitarowe. W „Swept Away“, „Try“, „Reunion“ czy już wcześniej opublikowanym „Chained“ można dostrzec wyraźny wpływ muzyki klubowej, o której wcześniej muzycy wspominali.
Tak jak na poprzedniej płycie i w tej panuje minimalizm. Nie ma żadnych zapychaczy, a całość trwa zalednie 40 minut. To jednak wystarczy, by móc wczuć się w sytuację podmiotu lirycznego. Czy można w „Missing“ obojętnie reagować na słowa Sima: „My heart is beating“, gdy w tle przewija się loop przypominający bicie serca? Samo otwierające „Angels“ jest tak delikatne, że zaczynamy utożsamiać się z uczuciami zakochanej Croft. Tekst jest równie banalny, co melodia, ale właśnie prostota wyznań wokalistów silnie oddziałuje na słuchacza. Trudno wyciągnąć stąd najlepszy moment, bo „Coexist“ się chłonie w całości. Jednakże mnie szczególnie tknęły: „Fiction“ oraz „Sunset“. Tak, jest smutno, ale nie zaprzeczycie, że prawdziwie.
W czasach, gdy zespoły prześcigają się w coraz to dziwniejszych/bardziej przekombinowanych dźwiękach, the xx pozostają sobą i dzielą się tym, co im w duszy gra. Wyraźny sukces formacji pokazuje tylko, że nie potrzeba wiele, by mieć ogromny wpływ na słuchaczy. W każdym z nas drzemie dusza indywidualisty potrzebującego od czasu do czasu posiedzieć w ciemnym pokoju, zdala od szarej codzienności. Tak prosta, acz wyjątkowo czarująca muzyka tworzy niezwykłą atmosferę, w której możemy wreszcie poczuć się swobodnie. Jesienią „Coexist“ będzie gościło w moim odtwarzaczu często. Jest mi dzięki niemu jakoś... lżej. Warto posłuchać i wrócić do wrażeń sprzed trzech lat. 
Miz

Fenomen The xx to zjawisko na swój sposób wyjątkowe i trochę niezrozumiałe. Przecież kto by pomyślał, że ta grupka młodych ludzi, śpiewających swoje smutne piosenki może wywoływać tak wielkie emocje. A jednak. Rok 2009 należał do nich. Ich imienny debiut spotkał się z gorącym przyjęciem zarówno wśród krytyków i słuchaczy, a zespołowi dał szansę objechania świata wzdłuż i w szerz podczas tras koncertowych. Lecz na czym ten fenomen właściwie polega? Bogate aranżacje? Nie, wręcz przeciwnie. The xx zasypują nas piosenkami bardzo minimalistycznymi, w których cisza spełnia równoważną rolę co dźwięki. Chwytliwe melodie? Owszem, pojawiają się, lecz to nie one są najważniejsze. Siłę londyńskiego kwartetu stanowi specyficzna atmosfera, powstająca między członkami zespołu, a szczególnie parą wokalistów. Bardzo intymna, pełna szczerych wyznań i przejmującej melancholii.
Pierwsza zapowiedź albumu, demo utworu „Open Eyes” zaniepokoiła mnie, ponieważ nagranie było po prostu nudne. Moje wątpliwości co do Coexist rozwiał pierwszy oficjalny utwór z albumu, piękna balladka „Angels”, a następnie dynamiczne „Chained”. Swoją drugą płytą The xx nie silą sie na rewolucje, lecz chyba nikt tego od nich nie oczekiwał. Nagrali swoistą kontynuację debiutu, lecz nie można im zarzucić autoplagiatu. Wynoszą oni swój melancholijny pop na nowy poziom, nadając mu jeszcze głębi. Udaje im się to dzięki jeszcze mocniejszemu pójściu w minimalizm. W aranżacjach pozostały tylko dźwięki, które są na prawdę potrzebne, co pozwala lepiej wybrzmieć wokalom. Na tym polu również poczynili postępy. Szczególnie słychać to w przypadku Olivera Sima, który częściej porzuca swój melodyjny szept na rzecz odważniejszego śpiewania jak w dramatycznym „Missing”. Brytyjczycy zapowiadali, że drugi album będzie zainspirowany muzyką klubową, i owszem taneczne momenty się pojawiają. Pełnym blaskiem świeci w nich Jamie Smith, który nareszcie ma odpowiednie dla siebie pole do popisu. Oczywiście jest to dyskoteka raczej spokojna i refleksyjna, lecz mimowolnego bujania się w rytm muzyki podczas słuchania nie sposób powstrzymać.
Coexist to chyba najbardziej oczekiwany album tego roku, dlatego też wymagania wobec niego są wysokie. Według mnie spełnili je w pełni, lecz nie wszyscy są tego samego zdania. Album zbiera skrajne recenzje, nie można jednak zaprzeczyć temu, że płyta wywołuje emocje. Czy właśnie to nie jest w muzyce najważniejsze?
Michał

Smutni londyńczycy z The xx wracają z nowym longplayem. I co? I grają dokładnie to samo co na debiucie. A że akurat średnio mnie przekonują te intymne, szkieletowe kawałki, przy których można rozmyślać o źle tego świata, pić czerwone wino i płakać do poduszki. Jednak nie mogę powiedzieć, że Coexist to zwykła dziecinada podszyta tanią egzaltacją, bo to niezła, mocno minimalistyczna płyta, której największą wadą jest to, że jest po prostu nudna i zupełnie niepotrzebna. Miało być klubowo i elektronicznie, a tymczasem wieje nudą. No i jeszcze jedno: jaki sens ma słuchanie jeszcze słabszych piosenek od tych, które znalazły się na pierwszej płycie? Jak kogoś kręci taka estetyka, to nie wiem, niech sobie zapuści jakiś Spirit Of Eden czy coś. 
Tomek

"Coexist". W tym albumie tak łatwo znaleźć odbicie samego siebie. Te wszystkie emocje, mówią na nie ponoć "miłość", nie powinnam jej znać, mam siedemnaście lat. To dlatego xx odnieśli tak wielki sukces, to dlatego czekano na tę płytę z tak wielką niecierpliwością, bo w każdym z wersów możemy odnaleźć siebie. Swoje wątpliwości, rozterki, uczucia, jakie towarzyszą nam, gdy nie wiemy, co ze sobą począć. Gdy wciąż kochamy, nie będąc kochanym już przez nikogo. Gdy walczymy, żeby jednak być. I gdy się poddajemy. 
Te piosenki, rozpisane na dwa głosy i trzy dźwięki w każdej z nich, w dużej mierze odbierają nadzieję. Nie pytajcie mnie, jak czułam się pierwszy raz odsłuchując "Sunset". The xx dokonali czegoś, wydawałoby się, niemożliwego: chwytając się wyświechtanego tematu, opierając go na swoim własnym, unikalnym stylu, stworzyli nową jakość. To nie jest łatwa muzyka, choć teoretycznie powinna być. Lecz czy płyta oparta właściwie na... braku dźwięku może być przystępna dla wszystkich? Z drugiej strony, do bitu "Tides" czy "Swept Away" można się nieźle poruszać. "Coexist" istnieje w pewnym oderwaniu od rzeczywistości. Mało jest tak minimalistycznych, a jednocześnie dających do myślenia płyt. I choć wiem, że nie jest to album genialny, dotyka takich rejonów we mnie, że nie mogę odmówić mu pochwał. I, wiecie, jest jeden optymistyczny odcień tej płyty: gdy zarówno chłopak, jak i dziewczyna śpiewają wokale jednocześnie. Tylko to powoduje, że w połączeniu z własnymi uczuciami, uczucia, którymi obdarzają nas xx nie przytłaczają nas do końca. 
"Coexist". Do słuchania podczas deszczu, gdy nie widać łez, i podczas nocy, w których nie masz się do kogo zwrócić. 
Natalia

Cat Power - Sun [2012]

Długo trzeba było czekać na ten album. Album pełen niespodzianek. Zniknęła akustyczna gitara. Zniknął fortepian, pogrzebany w perkusji i elektronicznych zabawkach. Zniknęły smyczki. Zniknęło wolne tempo. Zniknęły wzruszające covery, takie jak "Wonderwall", czy "Paths of Victory". Zniknęła ujmująca skromność i oszczędność brzmienia. Zniknęły kompozycje, których słucha się na jesieni, kiedy za oknem pada deszcz i nie wiadomo, czy dreszcze przechodzą cię dlatego, że jest tak zimno (ale przecież masz na sobie gruby sweter), czy to ta muzyka tak działa. Zniknął dominujący smutek. Tylko, niemalże paradoksalnie, Cat Power wciąż jest tą samą Cat Power. Z tym, że znacznie dojrzalszą i pewniejszą siebie. 
W wywiadzie dla Pitchforka Chan Marshall - bo takie jest prawdziwe imię i nazwisko artystki - przyznała, "że z początku wzięła się za pisanie kolejnych, wolnych, gitarowych utworów, ale potem jej przyjaciel skomentował, że brzmią, jak stara, depresyjna Cat Power". Wtedy zaprzestała ich tworzenia. Przez ostatnich sześć lat od wydania "The Greatest" Chan na dobre pozostawiła za sobą wspomnienia związane z próbą samobójczą, hospitalizacją w szpitalu psychiatrycznym i alkoholizmem. Na "Sun" pokazuje, jak bardzo się zmieniła - tak prywatnie jak i muzycznie. 
Mnie album oczarował szczególnie pierwszym kawałkiem - "Cherokee". Cudowne poprowadzenie od przygaszonej zwrotki, przez żywy, wciągający hook do idealnie popowego refrenu. Urzekły mnie wokale wspierające wtórujące ochrypłemu, głębokiemu głosowi Cat Power. Lepszego i bardziej zaskakującego początku nie można było sobie wymarzyć. Inne mocne momenty? Z pewnością mistrzowskie "Ruin" z tanecznym pianinem, będące w pewnym sensie apelem artystki: Bitching, complaining when some people who ain’t got shit to eat śpiewa. Także "Real Life" utrzymane w rozrywkowym, prawie tanecznym rytmie, w którym Chan rozwodzi się nad tym, jak to życie często weryfikuje nasze marzenia. Na mojej liście nie może także zabraknąć rockowego "Silent Machine" z przebojowymi gitarami. Swoją drogą, ciekawe, jak Cat Power wypadłaby w duecie z PJ Harvey, hm...? Oczywiście wypadałoby również skomentować nietypowy duet z Iggym Popem, czyli "Nothin' But Time". Powiedziałabym, że jest to chillout'owa, dziesięciominutowa podróż przez krainę słońca i syntezatorów. Obfita w cenne rady (patrz: tekst), ale na tle całej płyty raczej mdła i dłużąca, a Iggy Pop (niestety!) nie wyśpiewuje w trakcie piosenki więcej niż trzy wersy. Inne kawałki są na ogół utrzymane w bardzo luźnym, przyjemnym klimacie, przez co słucha się ich świetnie. Tylko czasami, na momencik - nie więcej, przyjdzie chwila tęsknoty za czymś, co złapie za serce i je złamie, jak kiedyś. 
Pomimo to uważam, że "Sun" zdetronizowało większość tego, co wyszło na rynku muzycznym w ostatnim czasie. Dawno nie słuchałam tak pięknego, wręcz wyśmienitego popu i potrafię w pełni zrozumieć całe zamieszanie, jakie wybuchło wokół tej płyty. Cat Power jest tego warta, a zmiana wyszła jej na dobre. Oby tylko na następny krążek nie kazała nam czekać kolejnych sześciu lat.

Kasia

Alt-J – An Awesome Wave

Alt-J to chyba najciekawsi tegoroczni debiutanci, lecz z początku wcale nie planowałem zapoznawać się z ich twórczością, bo w kwestii pozamuzycznej nie prezentują się tak dobrze. Wystarczy spojrzeć: nazwa jak dla boysbandu, tytuł płyty jakby surferski, okładka nie mówiąca absolutnie nic, jednak nie można było przeoczyć fali pozytywnych recenzji, jakie otrzymał album. Dlatego też sięgnąłem po niego i uświadomiłem sobie jak bardzo się myliłem.
Powiedzcie, ile znacie zespołów, które pełnymi garściami czerpią równocześnie z elementów alternatywnego rocka, folku, elektroniki, muzyki etnicznej czy hip-hopu i pozostają oryginalni? No właśnie, niewiele. Jednak ci młodzi Brytyjczycy znaleźli na to swój sposób, i trzeba przyznać, że brzmi to niesamowicie. Oczywiście, nie jest to album, który kocha się od pierwszego odsłuchu. Wręcz przeciwnie. Z początku czynnikiem, który irytuje najbardziej jest wokal. Joe Newman ma dość specyficzny głos, który nie każdemu przypadnie do gustu i czasami używa dziwnej maniery. Można jednak przyzwyczaić się do jego sposobu śpiewania, a nawet czerpać z niego przyjemność. "An Awesome Wave" to płyta, którą trzeba poznać, dlatego pisze o niej teraz, a nie w maju, gdy była wydana. Każde kolejne odtworzenie zwraca uwagę na inny element lub piosenkę. Właśnie to jest największym atutem muzyki Alt-J, jest nieoczywista. Nazwa grupy pochodzi od skrótu klawiaturowego w komputerach apple służącego do pisania greckiego znaku ∆(delta), co w języku fizyki oznacza zmianę. Do moich ulubionych utworów należą singlowe „Breezeblocks”, skłaniające się w stronę indie folku „Something Good”, osadzone w mocnej elektronice „Fitzpleasure”, czy pełne orientalnych motywów „Taro”. Nie można zapomnieć o zaśpiewanym a capella „(Interlude 1)” czy chwytliwym „Matilda”. Teksty grupy są trudne w odbiorze, ponieważ napisane są archaicznym i pełnym rzadko używanych słów językiem.
Zespół z Anglii swoim pierwszym albumem święci triumfy zarówno w kręgu blogosfery, jak i gigantów typu Nme czy Q, którzy nominowali ich w kategorii Best New Artist w Q Awards. Nic w tym dziwnego, ponieważ Alt-J to najbardziej wyraziści debiutanci tego roku, a „An Awesome Wave” to jedna z najlepszych płyt 2012.

Michał

The Asteroids Galaxy Tour - Out Of Frequency


Długo przymierzałem się do tego albumu. Wyszedł on już w styczniu, lecz wtedy było tyle bardziej atrakcyjnych propozycji, a mi ciągle brakowało albo czasu, albo chęci żeby zapoznać się z tym krążkiem. Przypomniałem sobie o nim w wakacie, przesłuchałem i niestety trochę się zawiodłem.

Duńska grupa zyskała sławę głównie dzięki chwytliwym singlom jak „The Golden Age”(tak, piosenka z reklamy Heinekena), „Around The Bend”, czy „The Sun Ain't Shining No More”. Pomogła im również Amy Winehouse, która zaprosiła ich jako support przy okazji koncertu w Kopenhadze, oraz Katy Perry z którą wyruszyli w trasę. W 2009 grupa wydala swój debiutancki krążek,„Fruit”, który spotkał się z ciepłym przyjęciem zarówno wśród słuchaczy jak i krytyków. Na początku tego roku wydali swoją drugą w dorobku płytę, „Out Of Frequency”.

Album zapowiadał się świetnie dzięki dwóm promującym go singlom. Pierwszy z nich, „Major” urzeka rytmami funky i chwytliwą melodią. Drugi, „Heart Attack” może jest trochę kiczowatą wariacją na temat muzyki disco, lecz jest przy tym piekielnie energetyczny i melodyjny. Album zaczyna się od dwuczęściowego Gold Rush, które wprowadza słuchacza w trochę latynoski klimat dzięki partii instrumentów dętych. Następnie mamy wspomniane wcześniej single, oraz gangsterskie „Cloak and Dagger” z bardzo dobrym refrenem. I zasadniczo na tym kawałku płyta powinna się skończyć. Z drugiej części płyty broni się jedynie dynamiczne „Fantasy Friend Forever”. Reszta utworów jest po prostu nudna i męcząca. Niby pojawiają się przebłyski w postaci chwytliwych motywów, lecz toną one w morzu mdłych melorecytacji. Owszem, mamy tu kilka dobrych refrenów, jak te z „Dollars In The Night”, czy „Ghost In My Head”, lecz zespół często nie ma w ogóle pomysłu na zwrotki. Jeden z muzycznych blogów podsumował płytę jednym zdaniem: „powiedzcie wokalistce, żeby się zamknęła”. Niestety muszę się z tym w pewnym stopniu zgodzić, ponieważ Mette Lindberg często śpiewa w irytująco wysokim rejestrze, przez co płyta jest nieco ciężkostrawna.

Out Of Frequency to album bardzo nierówny. Są momenty bardzo dobre, lecz giną wśród tych gorszych. Do niektórych piosenek wrócę z chęcią, innych nie chcę słyszeć nigdy więcej. Szkoda, bo zespół ma potencjał, którego niestety nie umie do końca wykorzystać.

Michał

Lianne La Havas - Is Your Love Big Enough? [2012]

Uwielbiam płyty, o których nie potrafię napisać złego słowa. Takie, w których muszę się długo zastanawiać która piosenka jest najlepsza, bo wszystkie trzymają poziom. Takie, w których nie potrafię wskazać słabych stron. Dokładnie take jak debiut młodej brytyjskiej songwriterki, Lianne La Havas.
Poznałem ją dzięki BBC Radio 1, gdzie usłyszałem utwór „No Room For Doubt” nagrany wspólnie z folkowym artystą Willym Masonem. Piosenkarka urzekła mnie swoim delikatnym i ciepłym głosem, który świetnie współgrał z wokalem Masona. Dodajmy do tego piękną melodię i oparty głównie na gitarze wyciszony akompaniament - otrzymujemy kawałek idealny do wypoczynku i zrelaksowania się. Przy bliższym zapoznaniu się singlami piosenkarki, „Is Your Love Big Enough?” urosło do statusu jednego z najbardziej wyczekiwanych albumów tego roku. Teraz już wiem, że oczekiwanie nie poszło na marne, ponieważ jest to naprawdę dobra płyta.
Miłość do muzyki zaszczepił u piosenkarki ojciec, który nauczył ją grać na gitarze i pianinie. Lianne tworzy pop wchodzący miejscami w soul lub folk. Jak przystało na młodą wokalistkę, każdy utwór na płycie jest o miłości. Czy jest to wadą czy zaletą każdy oceni sam. Dla mnie ważniejsze od tematyki jest to jak te piosenki brzmią, a zarówno ballady, jak i żywsze kawałki brzmią znakomicie. Głos Lianne okazuje się być bardzo plastyczny. Potrafi czarować melancholią w „Lost & Found”, uroczo kokietować w „Age” by następnie zaśpiewać dramatyczny finał „Gone”. Brytyjka urzeka skromnością i minimalizmem. Taki wokal nie potrzebuje potężnych aranżacji by brzmieć zjawiskowo. Często wystarcza gitara lub pianino z odrobiną basu i perkusji. Nie można też zapomnieć o chórkach, które świetnie budują nastrój w „Forget” i „Au Cinema”.
Debiut Lianne La Havas to pop w najlepszej możliwej postaci. Tę dziewczynę czeka kariera i będzie ona spowodowana tylko wspaniałym głosem i talentem do pisania świetnych piosenek. Moja odpowiedź na pytanie zawarte w tytule płyty brzmi „Tak”. Moja miłość do muzyki Lianne La Havas jest wystarczająco duża by uznać „Is You Love Big Enough?” za jedną z najlepszych płyt tego roku. 

Michał

iamamiwhoami – Kin [2012]

Każdego roku dziennikarze i krytycy wyszukują przeróżnych artystów, którzy mają stać się zbawcami rocka, nowymi Michelami Jacksonami, czy reinkarnacją Kraftwerka. Prawdopodobnie nikt nie ogarnia wszystkich tych nazw, które najczęściej znikają szybciej niż się pojawiają, lub są tak wtórne i słabe, że już lepiej wkręcić się w "Modę na sukces" (słyszeliście, że Ridge odszedł? T_T) albo nie wiem, zacząć haftować czy coś. Ale jest też druga strona medalu – z zalewu wszystkich tych nowych projektów, kilka jest naprawdę wartościowych i wartych uwagi. Więc teraz pytanie dotyczące bohaterki dzisiejszej recenzji: warto posłuchać, czy lepiej sprawdzić co słychać u Forresterów?

Jeśli telewizor wciąż wyłączony, to trafiliście i gracie dalej. Przed wami Jonna Lee, blondyna pochodząca ze Szwecji, zajmująca się śpiewem i songwriterką. Co ciekawe Jonna wcale nie jest debiutantką na muzycznej scenie. Mało kto o tym wie, ale dziewczyna wydała już dwa albumy i Ep-kę, na których znajdziemy folkowo-akustyczne smętne pieśni, przywołujące na myśl solowe dokonania Neko Case czy Cat Power. Ale Jonna widać musiała coś zmienić w swoim muzycznym światku, więc rzuciła w cholerę gitarę i na poważnie zajęła się elektroniką. Wraz z Claesem Björklundem, producentem z którym współpracowała przy solowych płytach, pod koniec 2009 roku powołała do życia multimedialno-muzyczny projekt iamamiwhoami (ale wybrała pseudonim, prawda?). Przeszła metamorfozę – z cichej, skromnej dziewczynki zmieniła się w leśną królową śniegu na modłę Karin Dreijer Andersson. Ale nikt nie wiedział, kto stoi za tym projektem, stąd zrobiło się wokół nazwy spore zamieszanie. Domysłów było wiele, padało mnóstwo nazw m.in. Xtina, Alison Goldfrapp, wspomniana Karin, a nawet Trent Reznor czy... Lady Gaga (gdzie ci ludzie mają uszy?). Dodatkowo Jonna podsycała atmosferę bawiąc się z dziennikarzami w kody do odszyfrowania i tego typu "sprawki". Kręciła też teledyski do każdego kawałka, które układały się w linearną i spójną całość. Ale ok, my już wiemy kto i co, więc przejdziemy do tego, co interesuje nas najbardziej, czyli do muzyki.

"Kin" nie jest tworem na wskroś oryginalnym. Słychać wyraźnie inspiracje takich zasłużonych firm jak The Knife, Röyksopp, Robyn, Björk czy múm (czyli elektronika po skandynawsku + odrobina Islandii). Od strony kompozytorskiej nie mamy do czynienia z mistrzostwem świata. Czasami kawałek rozwija jakiś czas i w zasadzie nie zmierza w żadnym konkretnym kierunku. Czasami Jonna nie bardzo wie, czy pozostać zimną, leśną nimfą, czy raczej popową piosenkarką, której kawałki śmigają w stacjach radiowych. Litania zarzutów jest całkiem duża, jednak nie śmiałbym stwierdzić, że nowa kreacja Szwedki jest nieudana. Wręcz przeciwnie. Podejrzewałem, że na płycie pełno będzie taniego patosu i infantylnej, gotyckiej aury. Nic z tych rzeczy. "Kin" to porcja chłodnej elektroniki, odgrywanej gdzieś w nieznanej krainie, w której promienie słońca ledwo przebijają się przez ciemną i mroczną mgłę, która zawisła tuż nad ziemią, pokrytą gęstymi lasami.

Album bardzo podoba mi się od strony produkcyjnej. Zabiegi, które stosuje Björklund są naprawdę interesujące (bardzo udanie łączy synthy z szeleszczącymi fakturami i elektronicznymi beatami), przez co piosenki, choć nie wszystkie, bronią się w wystarczający sposób. Choćby opener "Sever" – dostojny beat pomyka z gracją, przy akompaniamencie pianinka, w towarzystwie głębokiego wokalu Jonny. "In Due Order" brzmi jak ostrzejsze oblicze Pati Yang z Dj Patricią na wokalu. Mój ulubiony "Idle Talk" startuje od wzniosłego, niemal chillwave'owego beatu, który za chwile zanika i pojawia się gładki wokal, podczas gdy podkład eskaluje pod głosem Szwedki i wybucha na nowo. Potem mamy jeszcze epickie "Kill", w którym znajdziemy całą kolorystyczno-synthową paletę motywów, zamkniętą w mglistej i niepokojącej kopule. Zresztą niepokój obecny jest w każdym z utworów, który świetnie współgra z warstwą muzyczną i podkreśla image artystki.

Warto zapoznać się ze wszystkimi trackami, bo mój wybór jest całkowicie subiektywny i bardzo możliwe, że dla kogoś "Kin" okaże się totalnym arcydziełem. Dla mnie arcydziełem nie jest, ale doceniam ten album, bo naprawdę jest tego wart. Ciekaw jest, czy Jonna zdecyduje się kontynuować karierę muzyczną pod nowym pseudonimem i jak będą brzmiały, oczywiście jeśli powstaną, jej nowe wydawnictwa. Tymczasem będzie okazja, aby sprawdzić jak dźwięki wygenerowane przez Szwedkę sprawdzają się na żywo, bowiem wystąpi na Free Form Festivalu już w październiku. Więc jeśli nie rozpaczacie po Ridgu, spokojnie możecie sięgnąć po "Kin", a jeśli się wam spodoba, kupujcie bilety i jedźcie do Warszawy, bo szykuje się niezły gig (jeśli jednak rozpaczacie, nie martwcie się, pewnie u nas dopiero za jakieś dwa-trzy lata Ridge zniknie, więc nie ma strachu).

Tomek

Whales In Cubicles - We Never Win + Nowhere Flag [2012]

Odkrywanie dobrych zespołów, które nie są jeszcze znane szerszej publiczności to jedna z najfajniejszych rzeczy jakie umożliwia nam internet. Whales In Cubicles to młody zespół grający alternatywnego rocka z Wielkiej Brytanii. Zadebiutowali na początku tego roku singlem „We Never Win”. Utwór rozpoczyna się od perkusji mechanicznie wybijającej wyraźny rytm, który utrzyma się przez całą długość utworu. Następnie wchodzą łagodne dźwięki gitar i wokalista. Zaczyna on od spokojnej melorecytacji na tle pojedynczych gitarowych plumknięć. Napięcie jednak rośnie, tempo staje się szybsze, śpiew bardziej agresywny, aranżacja pełniejsza a w finale zalewają nas kaskady gitarowych akordów. Piosenka jest niesamowicie energetyczna, a słuchając jej ciężko wysiedzieć w miejscu. Dla mnie jest kandydatką na najlepszy singiel tego roku. 
Wydane niedawno „Nowhere Flag” to z kolei całkiem inny klimat. Może nie ma takiej mocy jak „We Never Win”, jest odrobinę spokojniejsza i zbliżona bardziej w kierunku klasycznego rocka. Należy zwrócić uwagę na świetne melodie zarówno w partiach wokalnych jak i w aranżacji. Dodajmy do tego chwytliwe chórki, i bardzo dobry teledysk, w którym pokazują zepsucie teraźniejszej polityki, przy okazji ukazując piękno Londynu, by pod koniec klipu wysadzić go w powietrze.
Whales In Cubicles to zdecydowanie mój ulubiony młody zespół tego roku. W Internecie można znaleźć kilka utworów, które udowadniają ich wielki talent do pisania świetnych piosenek. Nie mogę się doczekać by usłyszeć kolejne kawałki grupy i jestem dumny, że jako pierwszy w polskim internecie piszę o tym zespole. Zapamiętajcie tę nazwę, ponieważ kiedyś będzie o nich głośno.

Michał


Przegląd #5

Czyli kilka płyt, które wyszły już jakiś czas temu, ale z różnych przyczyn nie znalazły się na blogu. Czas to nadrobić.

Baroness – Yellow & Green
Po okresie czerwonym, w którym jeszcze trash i metal miał się dobrze, przyszedł czas na niebieską erę, w której więcej było post-hardkorowych zapędów. W tym roku Baroness zakładają szaty w kolorze żółty i niebieskim, co z tym idzie, łagodnieją jeszcze bardziej. Najnowszy krążek jest najbardziej popowy i najbardziej melodyjny, przez co staje się chyba najrówniejszym krążkiem w dyskografii kapeli z Savannah. Momentami brzmienie "Yellow & Green" zbliża się nieco do choćby Queens Of The Stone Age czy późnego Mastodona, choć pierwiastki trash-metalowe są nadal wyraźne. Ale najważniejsze jest, że na tych dwóch krążkach mamy naprawdę wiele świetnych kompozycji. Mamy przepełniony soczystymi riffami "Take My Bones Away", quasi-ziemiańską pieśń "Twinkler" czy czarująco powabną instrumentalną mozaikę "Cocainium", która jest chyba najlepszym fragmentem całości. Żółtą część wieńczy epicki fresk "Eula". W części Zielonej mamy niemal pop-rockowy "Mtns. (The Crown & Anchor)", o którym Red Hot Chili Pepers może w tej chwili tylko pomarzyć, jest nawet akustyczny instrumental "Stretchmarker", następnie trashowa petarda "The Line Between" i kończąca cały album ambientalna reminiscencja "If I Forget Thee, Lowcountry". Wszystko to składa się na naprawę świetny album, który powinieneś sprawdzić drogi słuchaczu, nawet jeśli nie jesteś metalowcem.

Cloud Nothings – Attack On Memory
Żeby nie było, że nie znamy Cloud Nothings. Znamy i lubimy, a czemu nie pisaiśmy o nich TROCHĘ wcześniej? Nie pisaliśmy, ale teraz piszemy. W zasadzie wszystko wiadomo, ale tak pro forma: Cloud Nothings to kapela z Cleveland, która zacięcie broni indie rocka w dzisiejszym świecie, w którym nawet The Killers są nazywani indie-rockowym bandem.Główne inspiracje: Slint, Fugazi, Unwound, Polvo, Sunny Day Real Estate, The Jesus Lizard, czyli cała scena 90s-owego indie-rocka. Jeśli chodzi o współczesne kapele, to grają podobie do Japandroids czy Yuck. Ok, tyle. Teraz trochę o krążku. Produkcja - Steve Albini, więc wiadomo. Kawałki? Od samego początku ("No Future/No Past") mamy porządne niezal-gitarowe granie. Drugi kawałek to highlight. Prawie 9 minutowa epicka suita "Wasted Days", w której oprócz świetnych riffów i bębnów dzieje się dużo więcej. Dalej też nie jest źle. Przecież takie "Fall In" czy "Stay Useless" to spoko kawałki, które przypominają mi o starych, dobrych (nawet bardzo dobrych) czasach, w których nie trzeba było się za wiele martwić o cokolwiek. A poza chwytliwymi gitarowymi kawałkami chłopaki lubią trochę pokombinować, czego dowodem jest instrumental "Sepatation". W sumie całkiem nieźle im wyszedł ten drugi album. Tylko proszę, nie róbmy z niego od razu gitarowej płyty roku, ok?

Florrie – Late (EP)
Nie rusza mnie ta Ep-ka nic a nic. Nie widzę tu żadnych hitów ani highlightów. "I Took A Little Something" był highlightem poprzedniej Ep-ki. Pobrzmiewały w nim echa olśniewającego debiutu Madonny (śliczny zapętlony motyw wiodący), które w połączeniu z basem a'la Alan Braxe (aliteracja <3), dały po prostu perfekcyjną popową piosenkę (znowu!). To jak do tej pory jedyny diamentu w karierze młodej brytyjki. Bo przecież taki "Shot You Down" nie ma w sobie niczego przebojowego. Nie twierdzę, że to całkowity niewypał, ale refren nie błyszczy – jest raczej bezbarwny, a zwrotki nie wnoszą niczego ciekawego. "I'm Gonna Get You Back" to słabsza wersja "Beggin Me", w czerstwej, drum'n'bassowej dynamice. "Every Inch" nieco bardziej stonowany, choć ten trance'owy motyw raczej nie trafia w punkt. To The End" natomiast mógłby się znaleźć na ostatniej płycie Sophie-Ellis Bextor "Make A Scene", bo choć trąci odrobinę estetyką topornego komercyjnego popu, to na tle reszty utworów z "Late" broni się niezłą kompozycją. I to już wszystkie cztery kawałki z Ep-ki. Raczej średnio udanej Ep-ki, ale mam podstawy aby sądzić, że kolejne wydawnictwa Florrie będą zdecydowanie lepsze. "Late" ma być jej ostatnim niezależnym wydawnictwem, więc chyba wreszcie skończą się żarty i Brytyjka przy pomocy kreatywnych producentów nagra świetnego longplaya, bo potencjał przecież jest. Czekam zatem na jej pierwszy Diamentowy Naszyjnik (Maupassant, anyone?)

Fort Romeau – Kingdoms
Nie bójcie się, "Kingdoms" to płyta do tańca. Dobrą zabawę zapewnia label 100% Silk, jeśli wiecie o czym mówię. Pod pseudonimem Fort Romeau ukrywa się Michael 'Mikey' Norris – koleś, który wspomaga swoim keyboardem duet La Roux podczas występów live. Na boku Mike bawi się w sklejanie senno-mglistych sampli pod taneczne deep house'owe bity w klasycznym metrum 4/4. W utworach Norrisa jest coś z poetyki Carla Craiga czy DJ Sprinklesa, co na pewno jest atutem. Ale o punktach decydują same kompozycje. Świetny opener "Jack Rollin'" płynie w gęstej jak smoła atmosferza na mięciutkiej stopie. Pociętę skrawki wokalu i handclapy tylko dodają mocy. Wyłaniający się powoli z głębin wokal w "Say Something" sprawia, że taneczny tune zyskuje niebywały koloryt. "Nights Bridge" brzmi jak "Nightvisions" Daft Punk w remixie Buriala, "One Night" to z kolei nocny micro-house ubarwiony padami syntezatorów. Całość kończy się bardziej dynamicznym i zapętlonym "Theo". Jeśli chodzi o produkcyjne aspekty - Norris buduje tracki z szumiących faktur i często używa reverbu, dzięki czemu uzyskuje mroczny i niepokojący klimat. Stąd też "Kingdoms" do mocno wciągający zestaw, który świetnie sprawdzi się na parkiecie, ale również na słuchawkach. No i na pewno jest to jedno z najlepszych wydawnictw w tanecznej elektronice w tym roku.

John Talabot – fIN
Hiszpański producent w dystyngowany sposób łączy przyjemne house'owe beaty, orientalną ornamentykę, zapętlone wokalne ścinki i florystyczno-manieryczne sample w jedną, świetnie przemyślaną całość. Producenckie sztuczki i zabiegi, które Talabot stosuje, imponują i mogą się naprawdę podobać słuchaczowi. Ciężko się przy słuchaniu tego albumu nudzić. Świetne, zapętlone kompozycje ubrane są w atrakcyjną dla słuchacza warstwę brzmieniową, co sprawia, że Hiszpanowi udaje się połączyć "przyjemne z pożytecznym". Żaden z jedenastu indeksów nie jest totalną wtopą, wręcz odwrotnie, na "fiN" znajdziemy zarówno dobre jaki i świetne kompozycje. Dla mnie highlightami są utrzymany w house'owej estetyce, pełen świetnych motywów, parkietowy wymiatacz "When The Past Was Present", otwierająca całość, niepokojąca, soniczna dżungla "Depak Ine" i oparta na poszatkowanych wokalizach, tropikalna kompozycja "Journeys". Pozostałe kompozycje, choć nie tak znakomite jak opisana powyżej trójka, to absolutnie nie odstają od reszty. "fIN" to znakomita pozycja, która powinna spodobać się tym, którzy cenią sobie ambitne brzmienia, jak również tym, którzy lubią tańczyć i dobrze bawić się przy dźwiękach muzyki. Sprawdźcie sami, warto.

Kindness – World, You Need A Change Of Mind
Nieco zapomniany już album, o którym jednak warto napisać parę słów. Za cały projekt odpowiada jedna osoba - Adam Bainbridge. Jego debiutancki krążek jest ciekawym, acz bardzo nierównym melanżem dość wielu stylistyk. Bo słychać wpływy disco i funku z lat 70-tych, jest coś z indie-rocka (całkiem niezły cover The Replacements to nie przypadek), pojawia się house, trochę dance punka, są post dubstepowe klisze, a nawet odrobina chillwave'u i progrsywnego rocka. Trzeba przyznać i docenić to, że materiał jest naprawdę eklektyczny. Ale należy również wytknąć to, że jest mocno nierówny i chaotyczny, a miejscami po prostu nudny. Bainbridge gubi się w swoim własnym muzycznym świecie. No ale do końca nie jest tak źle. Z całego tego kotła wyróżniają się kilka fragmentów. Wspomniany wcześniej cover "Swinging Party", singlowy "Cyan", czy "That's Alright" to naprawdę świetne piosenki, które pokazują, że w młodym producencie z Wysp drzemie naprawdę spory potencjał. "World, You Need A Change Of Mind" na pewno nie jest szczytem jego możliwości, dlatego warto poczekać i zobaczyć jak potoczą się losy Bainbridge w najbliższej przyszłości. Reasumując, źle nie jest, ale wyraźnie słychać, że mogłoby być dużo, dużo lepiej.

Lindstrøm – Six Cups Of Rebel
Teraz trochę o albumie wydanym dość dawno, bo w lutym tego roku. Nie chcę nic mówić, ale norweski producent z roku na rok obniża swoje loty. Po świetnym debiucie "Where You Go I Go To" i po wspólnych albumach z Princem Thomasem i Christabelle, przyszedł czas na album nr dwa w bogatej dyskografii Hansa-Petera Lindstoema. I jest to chyba jak dotąd najgorsza pozycja w jego dorobku. O ile singiel "De Jave" nie zapowiadał nic złego, co więcej, pokazał, że Lindstrøm idzie w kierunku maksymalistycznego, parkietowego disco, któremu blisko do mixu "45:33" LCD Soundsystem. Niestety, zamiast totalnie kosmicznego i wymiatającego tanecznego krążka otrzymujemy nierówny i chaotyczny materiał. Zamysł jest dobry, tylko słychać, że niektóre fragmenty są przeprodukowane, niektóre rozwiązania zamiast cieszyć, irytują, drażnią i męczą. Dla mnie najlepszym fragmentem jest jest zamykająca całość epicka kompozycja "Hina", której smaczku dodaje fajnie wpleciony motyw z "Dogs" Floydów. Znalazłoby się jeszcze parę ciekawych motywów, a raczej motywików, ale i tak nie zmienia to ogólnego wrażenia. "Six Cups Of Rebel" to album dość średni, utrzymując pewien poziom, jednak od takich gości jak Lindstrøm oczekuje się dużo więcej.

Parallels – XII
"No jakby nie liczyć", trochę zawód ta nowa płyta koleżanki Holly. "Moonlight Desires" wymiatało totalnie, reapitowałem czasmi po kilka razy dziennie. Tymczasem cały longplay nie lśni już tak pięknie szlifowanymi synthami jak pierwszy singiel. Ale czy "XII" to słaby album? No właśnie nie. Zdecydowanie lepszy od debiutanckiego "Visionaries", który i tak był naprawdę dobry. Nowa płyta ponownie jest wypełniona 80s-owymi retro-kliszami. Wszędzie (naprawdę WSZĘDZIE!) obecny jest duch Giorgio Morodera. Jest też coś z Kraftwerka i ze starszych płyt Madonny. Żałuję, że wpływ Prefab Sprout jest nieznaczny, bo gdy Holly zaczyna bawić się syntezatorem i nieco komplikować strukturę kawałków, wtedy dopiero coś się dzieje. Stąd też największą słabością sofomora są kompozycje. Wciąż czegoś brakuje - jakiegoś chwytliwego refrenu, ciekawego motywu, zgrabnego mostka etc. etc. Jeśli miałbym wyróżnić poszczególne tracki, to byłyby to "Time Will Crawl", w którym chorus kradnie show (za dziewczęcy wokal Holly należą się dodatkowe punkty), "Love & Devotion" z chwytliwym, elastycznym synth-motywem i "Electrimotion", który brzmi jak skrzyżowanie "Frozen" z "From Here To Eternity". Sumując, mimo chybień i braków "XII" to solidna dawka stylowego synth-popu, z którą warto się zapoznać. Miejmy nadzieję, że kolejny album będzie jeszcze lepszy.

Twin Shadow – Confess
Sięgając pamięcią wstecz, przypominam sobie debiut Georga Lewisa Jr. Porządny zestaw piosenek, na wskroś przesycony estetyką 80s-owych bandów w postaci Depeche Mode czy The Smiths. "Forget" to naprawdę niezły album, o którym wciąż pamiętam. Niestety o "Confess" chyba tak długie nie będę pamiętał. Mimo że George wciąż pełnymi garściami czerpie z eightisowej spuścizny, to jednak zmienia się z zamkniętego w sobie, introwertycznego romantyka, w pewnego siebie kolesia o nieprzyjemnym, patetycznym głosie. Co więcej, kompozycje wydają się nieprzemyślane, widać, że autorowi po prostu brakuje pomysłów. Skojarzenia z ostatnim albumem M83 są jak najbardziej na miejscu (tyle, że Gonzalez miał lepsze kawałki). Całość jawi się jako mocno nierówna układanka, w której często wkrada się kicz czy nawet tandeta ("You Can Call Me On" jest tego najlepszym przykładem). Pretensjonalna maniera całości momentami staje się totalnie nieznośna i męczy słuchacza. Ale są też lepsze momenty. Najfajniejszym kawałkiem jest chyba "Five Seconds", który na tle całości wyrasta wręcz na popowy szlagier w niemal The Cars'owskim uniformie. Całkiem niezły jest oparty na timbalandowskim beacie "Patient", no i powiedzmy, że closer "Be Mine Tonight" można posłuchać i być zadowolonym. Trochę szkoda, że Twin Shadow zanotował obniżkę formy, ale może następnym razie będzie lepiej (jeśli tak jak ja zawiedliście nowym Twin Shadowem, sprawdźcie album "Afar" Ice Choir, który w kategorii recyklingu 80s-owej stylistyki w tym roku zmiata totalnie).

Willy Baxter – Skyscraping (EP)
Jest kolejne wydawnictwo od młodego fińskiego producenta parającego się wysmakowanym, klawiszowym popem. Po świetnej Ep-ce "Proof" i niezłym długograju "In Between" przyszedł czas na kolejną porcję muzyki. Znowu jest to Ep-ka, która wydaje się całkiem optymalnym formatem dla tego rodzaju muzyki. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to nie ma tu jakiejś stylistycznej wolty czy zmiany o 180 stopni w stosunku do poprzednich wydawnictw fina. Nagrania dalej mieszczą się gdzieś w szufladkach z napisami "synth-pop", "electro-pop" czy "nu-disco". No i gdyby to było wszystko, co ma do zaoferowania Baxter, to raczej bym o nim nie pisał. Jednak Fin broni się świetnymi kompozycjami z mocnymi refrenami. Dodatkowo każdy z tracków na "Skyscraping" błyszczy inną barwą, co sprawia, że całość nabiera kolorytu. Dla tych, którzy kochają melancholijne piosenki w minorowych tonacjach, które są oparte na eightisowych klawiszach, najnowsza pozycja Baxtera może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mam nadzieję, że jeżeli ukaże się drugi pełnoprawny album, to będzie na takim poziomie jak chociażby "Skyscraping". Czekam na kolejny ruch ze strony Fina i słucham dalej jego nowych kawałków, do czego i Was zachęcam droga młodzieży.

Tomek

Squarepusher - Ufabulum [2012]

Muzyka Squarepushera zwykle brzmi nowocześnie i futurystycznie. Nie sposób dziś pisać o niej w sposób oryginalny, dlatego proponuję taką opcję: załóżmy, że płyta "Ufabulum" nie ukazała się w 2012 roku, tylko... kilkaset lat wcześniej. Jak wtedy wtedy wyglądałaby recenzja? Może właśnie tak...
Jako się rzekło, bracia miła, owa historyja tyczyć się będzie pewnego mężnego szlachcica. Wielce rad jest, że mogę wam tegoż waszmości przedstawić, oraz przedstawić to, co ten zacny człek uczynił. Na imię mu Tomasz Jenkinson i wywodzi się on z krainy Brytów. Za młodu ów młodzieniec wielce wesół był zawżdy tylko wtedy, gdy do uszu jego, jak ptak do swej dziupli, wpadała piękna a słodka melodyja. Takoż się jego dobre serce radowało, gdy sam potrafił stworzyć ową dźwiękową ucztę. Dlategoż jako żywo Tomasz związał się ze stajnią Osnowa zwaną i tamże właśnie począł rozwijać swe zaiste wielkie umiejętności. Rzec trzeba, że owa przygoda wielkim sukcesem się skończyła. Wszelako droga Tomasza różami wcale a wcale usłana nie była. A działo się tak dlategoż, albowiem muzykowanie jego insze było i wielce różniło się od tegoż, co można usłyszeć było w strumieniu głównym w tymże czasie. Jednakowoż odważne i mężne serce naszego bohatera nie poddawało się, co wielkiż pożytek przyniosło, zarówno jemu, jak i nam, bracia miła. Zda mi się, że czas już najwyższy opowiedzieć wam, o bracia miła, o dziele kolejnym owego szlachetnego grajka.
Ostatnie jego dzieło miano nosi "Ufabulum". Źli ludzie rzeczą, jakoby rzekomo dzieło owo lichej wartości było. Ja zaś wam jeno powiadam, że owi źli ludzi do głupców się zaliczają, aniżeli do mądrych i roztropnych mężów. Można zeń być dumnym z tegoż, co wielki wirtuoz Tomasz z Osnowy stworzył. Muzykowanie swoje zaczyna od takich oto dźwięków, z których że to bohater nasz jest znany i ceniony najbardziej. Skaczą w uszach melodyje, jakoby zające po łące lub ropuchy co próbują złapać muchy. A gdy się melancholija i monotonija wkrada w owe pląsy i stukania, rychło tedy łamie się coś w tym dzikim, zwierzęcym pędzie, jako drzewo błyskawicą trafione i wnet do stanu właściwego powraca cała ta muzyczna kompanija. Zapytacie pewnie, jak to młodzi, jakież to piosneczki najmocniej wdarły mi się w serce, jako zadra wdziera się pod skórę. Niechaj i tak będzie i o tym wam opowiem. By krótko rzec, przy drugiej piosneczce mogą dziateczki radośnie tańcować, dopóty się ich nogi nie pomęczą. Przy piątej zaś można na dworzu wypoczywać, gdy słoneczko zmieni wartę z księżycem. A dziewiątej piosneczce dorówna chyba tylko miska gorącego krupniku, przyrządzonego przez dobrą a zacną gosposię. Nadzieję mam wielką, że ciekawość wasza choć odrobinę zaspokojona została.
Ale ostrzec muszę niektórych z was. Zdawa się iże "Ufabulum" to jeno rzemieślniczy wyrób dla zabawki stworzony. A ja wam powiadam, że atoli mylą się ci, którzy takie oto rzeczy prawią. Bo słowa owe to jeno potwarz podła. Prawdą jest, że "Ufabulum" mija się wielce z maestrią i majestatem poprzednich dzieł Mistrza z Osnowy, lecz dalej raduje mnie zamysł i kunszt dzieła owego. I tak was, bracia miła, zostawiam z tą myślą mą ostatnią, ażeby każdy z was własny sąd mógł sobie wyrobić w tej dyspucie. Zatem bywajcie i melodyj zacnych słuchajcie!

Tomek

Tame Impala - Elephant [2012]

W marszowym tempie, brutalnie, nie bacząc na nic, mknie przed siebie, przez rozpalone, suche stepy Australii, w pełnej chwale wehikuł potężny. To kriwsty rydwan "Elephant", zniszczony przez kaprysy Natury i Czasu, pękający i rozpadający się na cześci, wyblakły od górującego słońca, brudny od ziemii, wierny sługa na kółkach. Nie ma czasu żeby zatrzymać się i zakończyć swą osobliwą podróż, czy quasi-peregrynację. Pytanie, dokąd zmierza?
Australijczycy z Tame Impala dorzucają do swoich rozległych inspiracji kolejny składnik. W połączeniu z sycącą, beatelsowską psychodelią, pełnokrwistym, zeppelinowskim hard-rockiem, crimsonowskim, pokomplokowanym progiem, i stoickim, dungenowskim artyzmem, nowy czynnik - brudny, bolanowski glam rock tworzy cudownie gęstą, ostrą i gorącą konsystencję. Cały ten glamowy brud staje się dominantą całości. Czyżby animozja do psylocyny i innych psychodelików? Skądże znowu, w drugiej części jest i psychodela. Są progowe zaśpiewy i zabawy metrum, jest potężny, wiodący riff, a to wszystko pięknie wyścielone w miksie, w którym jakże słodko wokal Kevina Parkera prowadzi namiętny dialog z całą tą psych-prog-art-hard-glam-rockową maszynerią. Po raz kolejny Australijski kolektyw nie zawodzi. Cieszmy się więc i radujmy, bo sofomor "Lonerism" jest już w drodze i dopiero wtedy dowiemy się, dokąd tak pędzi ten ognisty rydwan.

Tomek

Mafia Lights - Mafia Lights EP + West [2011]

Okazuje się, że przemysł muzyczny nie zawsze okazuje się być wyścigiem szczurów. Przeciwnie. Muzycy mogą stać się jedną wielką rodziną, która wzajemnie pomaga sobie przy projektach, pozostawiając przy tym słuchaczy w niewiedzy. Mam tu na myśli Disclosure – duet zdobywający coraz większą sławę – oraz Mafia Lights – zespół będący tematem tegoż artykułu.
The Guardian uznał, że są chłopcy, którzy dadzą nam ofertę łatwą do odrzucenia, NME alarmuje, że należy ich zobaczyć na żywo, sami zainteresowani mówią o sobie jako “a gang of Casanovas“. Ich muzyka sama się broni oraz, jak zapewniają Brytyjczycy, stale się rozwija i będzie nas jeszcze zaskakiwać.
W zeszłym roku wypuścili 5 swoich utworów będących tłem dość specyficznych filmików w formie VHS. Powód? Pragnienie powrotu kaset wideo i jak twierdzą “DVD to... za dużo technologii“. Mimo takiego podejścia, muzycy chcą się skupić na przyszłości. Słuchając ich, mogę przyznać, że będzie “świetlana“.
Wszystkie piosenki udostępniono na YouTube. Całość jest wyjątkowo lekka i przyjemna, ale jeśli przypiszecie brzmieniu Mafia Lights “chillwave“, trio zaraz Was zlinczuje. Zacznijmy zatem od początku.
Po pierwszym przesłuchaniu wydawać by się mogło, że The Guardian miał rację – takich piosenek chętnie się słucha, ale ogólnie „nie kupujemy tego“. Jednak po pewnym czasie “Spiriting“ w jakiś sposób na nas oddziaływuje. Spokojny, monotonny wokal śpiewa wers:“Talking to myself / In my head I’m just talking to myself / And you can’t hear me“, który później przekształca w “[...] In your head you’re just talking to yourself“ i powoli hipnotyzuje, powodując, że bezwiednie powtarzamy słowa utworu. Tajemnicze odgłosy dodatkowo pozostawiają niepokój. Nie odmawiamy. Idziemy dalej.
“Hampton“ jest na tyle spokojne, że możemy się poczuć tak, jakbyśmy biegali po łące, nie przejmując się niczym. Tu poznajemy bardziej indie-rockową stronę grupy. Joel wciąż bawi się swoim głosem, jak również i... nami.
Po przejściu do “Yesterday, Forever“ odniosłam wrażenie, że moja teoria z hipnotyzującym Mafia Lights mogła się okazać prawdziwa. Zwrotkę urywa zwrot: “I love control“, a temu wszystkiemu towarzyszy dream-popowy klimat.
„Future Hauting“ potwierdza, że Mafia Lights to przede wszystkim gitarowy zespół. Jest monotonnie, ale w dobrym znaczeniu. Fani Warpaint polubią ten utwór w szczególności.
Ostatnia piosenka jest tak samo niepokojąca, jak jej tytuł. „Demon’s dance“ składa się z samej linii melodycznej. Słyszymy dzwonki igrające z elektronicznymi dźwiękami. I ten dziwny oddech (chichot?) jakiejś osoby w połowie. Ocenę tego pozostawiam Wam.
Nie bez powodu wspomniałam tutaj o Disclosure. Brytyjczycy zdążyli wypuścić jeszcze jeden singiel – “West“. Słyszymy tu wyraźny wpływ Guy’a Lawrence, który nadał utworowi klimat Disclosure. Mimo to, nie zapomniano o gitarowym tle. Całość jest niezwykle delikatna i romantyczna.
Mafia Lights nie otrzymali jeszcze tego, co oferuje wielka kariera muzyczna oraz nie skupili na sobie takiej uwagi, na jaką pracują. A chłopaki się starają. Eksperymentują i bawią się muzyką. Nawet jeśli ich dotychczas popowe brzmienie nie wzbudza wielkich emocji, to nie powinno się ich ignorować. Lekkie utwory należy usłyszeć od czasu do czasu, bo budzi w nas tę cieplejszą i wrażliwszą stronę.

Miz

Matt Corby - Into the Flames & Made of Stone

Programy telewizyjne typu talent show nie są tylko wylęgarniami popowych gwiazdek i idoli młodzieży wczesnoszkolnej typu One Direction. Przychodzą do nich również ludzie na prawdę utalentowani i mający coś wartościowego do przekazania. Mamy przykłady na rodzimej scenie, triumfator tegorocznej edycji X Factor Dawid Podsiadło, czy laureatka Idola - Monika Brodka, czołowa twórczyni inteligentnego popu w Polsce. Kolejnym takim artystą jest pochodzący z Sydney Matt Corby.
Zadebiutował w 2007 roku, gdy jako szesnastolatek wystąpił w Australijskiej edycji programu Idol, gdzie doszedł do ścisłego finału. Od 2009 roku regularnie wydaje minialbumy, jednak pełnię swoich możliwości pokazał dopiero na wydanej w 2011 roku epce „Into The Flame”. Głos Corby'ego jest bardzo plastyczny. Brzmi świetnie zarówno w partiach delikatnych jak i w potężnych wokalnych popisach. Oba wcielenia pokazuje w „Brother”, głównym utworze na ep. Mamy tu wyciszone, folkowe zwrotki i pełne gniewu refreny. Urzeka ona pięknymi melodiami, wyraźnym rytmem i szczerością, w głosie Corby'go słychać, że wszystkie emocje są prawdziwe. Zdecydowanie jedna z najlepszych piosenek jakie słyszałem w ostatnich miesiącach. Następnie otrzymujemy totalna zmianę stylistyki. Souls a'Fire to kawałek z pogranicza bluesa i rocka, z leniwymi zwrotkami, energetycznym refrenem i pełnym wokalnych improwizacji szalonym finale. Utwory „Untitled” i „Big Eyes” przynoszą uspokojenie i wyciszenie. W łagodnych balladach jego ciepła barwa jest jeszcze lepiej wyeksponowana.„Made Of Stones” to zestaw mniej urozmaicony, lecz również udany. Najlepiej wypada kawałek tytułowy. Piękna, fortepianowa aranżacja, chwytliwy refren i stopniowanie napięcia które doprowadza do fantastycznego zakończenia. Kolejne, „Winter” to bardziej improwizacja oparta na motywie „Winter is Coming”, niż regularna piosenka, a „Breathe” to kolejna klimatyczna balladka.
W „Made Of Stones” Matt śpiewa, że ma serce z kamienia. Oczywiście jest to nieprawdą, ponieważ gdyby tak było nie mógłby swoim głosem i muzyką przekazywać tylu pięknych emocji. Kolejnym krokiem Australijczyka powinno być wydanie regularnego albumu. Utwory takie jak „Brother”, czy wspomniane „Made Of Stones” ukazują jego ogromny talent. Zdecydowanie nie mogę się doczekać.

Michał

fun. - Some Nights [2012]

W momencie, kiedy usłyszałam po raz pierwszy ‘We Are Young’ nie spodziewałam się, że fun. dzięki tej piosence osiągnie tak duży sukces komercyjny. Fajny kawałek, myślałam, dopóki każda stacja telewizyjna i większość rozgłośni radiowych grały singiel kilka razy w ciągu dnia. 
I tak naprawdę nie inaczej przedstawia się sytuacja całego albumu, ‘Some Nights’. Na początku jest całkiem nieźle, by potem ze zgrabnych kompozycji przeistoczyć się w twór nawiedzający najgorsze koszmary. ‘Some Nights Intro’ i ‘Some Nights’ wraz z przemaglowanym przez wszystkie rozgłośnie kawałkiem stworzyło dobry początek, bez zbędnej przesady, z wdziękiem ukrytym w głosie wokalisty. Nic bardziej mylnego – mimo dobrego początkowego wrażenia, dalej cały czar pryska i fun. ukazuje ciemną, tą złą stronę medalu, gdzie następne kawałki są wręcz przekombinowane, wszystko ocieka kiczem, który, przeplatany usilnym wprowadzeniem elektroniki między wiersze tworzy nieciekawą papkę łączącą się w dziwną, trudną do zidentyfikowania maź. Gdzieniegdzie zespół jeszcze stara się bronić, jak przy całkiem ładnym „Why Am I the One” i znośnym ‘All Allright’, by później miało nadejść ciężkie i okropne „Stars”, które niszczy wszelkie ślady sympatii do poprzednich utworów. 
Fun. miał potencjał, którego niestety nie wykorzystał do końca. W momentach, gdy pojedyncze kawałki zdawały się bronić dobrego wrażenia ‘Some Nights’, napierała na nie kakofonia zlepionych i doszczętnie pozbawionych jakiejkolwiek estetyki dźwięków, które zapewne w pierwotnych, nieoficjalnych wersjach mogły jakoś brzmieć. Za dużo pragnień, by zapanować na długo nad rynkiem muzycznym, zbyt mało dobrego materiału, lekkości i zabawy.

Dominika

San Cisco - Awkward EP

Niedawno zacząłem odkrywać, ze Australia pod względem muzycznym nie jest tylko ojczyzną Kylie Minogue i Gotye. Tamtejsza scena niezależna jest również bardzo bogata. Na przykład, chilloutowi indie rockowcy z Last Dinosaurs, czy fantastyczny wokalista Matt Corby. Moim kolejnym odkryciem jest młody zespół San Cisco.

Pierwszym utworem na minialbumie jest tytułowy „Awkward”. Od razu słychać, że traktują oni swoją muzykę z przymrużeniem oka. Brzmi to odrobinę jak The Kooks przepuszczone przez hipsterski filtr. Wygładzone jak tylko się da, lecz zadziorny pierwiastek pozostał w wokalu Jordiego Daviesona. Wokalnie udziela się również perkusistka, Scarlett Stevens, która urzeka swoim dziewczęcym głosem. Odrobinę naiwny tekst, proste gitarowe riffy, wyrazisty bas i chwytliwe melodie, to wszystko składa się na bardzo przyjemny kawałek. Całość uzupełnia humorystyczny teledysk i elektroniczne wstawki. Kolejnym utworem jest bardzo pozytywny utwór „Rocket Ship”. Warstwa rytmiczna przywodzi na myśl Vampire Weekend, a radosne „ulalalala” w refrenie, czy fantastyczny, chóralnie wyśpiewany finał, tworzą świetny wakacyjny kawałek. Na „Awkward EP” znalazł się również dość zaskakujący cover „505” Arctic Monkeys. Zaskakujący, ponieważ większość utworów z epki ma raczej optymistyczny wydźwięk, a wszyscy wiemy, że „505” do najweselszych nie należy. Oryginału oczywiście nie przebili, ale trochę zmieniona oraz uzupełniona o pianino aranżacja i wokal Jordiego sprawiają, że jest to bardzo ciekawe nagranie. Na zakończenie dostajemy piękne wyciszenie w postaci piosenki „Reckless”.

Może muzyka San Cisco nie należy do najbardziej oryginalnych, ich inspiracje często są od razu słyszalne. Nie można im jednak odmówić ogromnego talentu do pisania świetnych piosenek. Prawdopodobnie tak dla mnie będą brzmieć tegoroczne wakacje.

Michał

Muse - Survival [2012]

Zawsze darzyłam sporą sympatią twórczość Muse. Lubię ich przesterowane, zawyżone brzmienie gitar, wysoki wokal Matta (kopiowanie Thoma Yorka - jak uszczypliwie komentowali kiedyś krytycy) i wielkiego powera, jaki daje ich muzyka. Ich energia oraz mocny charakter utworów pozwoliły uzyskać zespołowi Bellamy'ego sporą renomę i zdobyć miliony fanów na całym świecie. Wszystkich wielbicieli na pewno ucieszyła wieść, że Muse intensywnie pracują nad nowym albumem. I oto jest - pierwsza zapowiedź nowej płyty Muse "The 2nd Law", a także oficjalny hymn Igrzysk Olimpijskich w Londynie.
Napięcie tętniące w "Survival" rośnie z każdą sekundą. Utwór zaczyna się uroczą, spokojną partią pianina, po czym niespodziewanie słyszymy... głos chóru, który będzie przewijał się przez całą piosenkę. Skojarzenia z Queen, których to chórki były znakiem rozpoznawczym, nasuwają się na myśl wręcz mechanicznie. "Race... Life is a race". Matt Bellamy przez chwilę brzmi zupełnie niepodobnie do siebie, "And I'm gonna win/ Yes, I'm gonna win". Minutę później otrzymujemy świetne, melodyjne solo - i dopiero po tym mam pewność, że to rzeczywiście Muse. Kolejna, wzniosła zwrotka. Potem następna, zadziwiająca solówka. Grupa non-stop zaskakuje, a następnie wieńczy całość dopingującymi okrzykami: "Fight! Fight! Fight! Fight! Win! Win! Win! Win!".
Utwór "Survival" zbiera na razie dość kontrowersyjne oceny. Zespół odszedł od tego, czego wszyscy się po nich spodziewali. Jedni czują się rozczarowani, inni liczyli na dubstep, jeszcze inni są oczywiście zachwyceni. Ja uważam, że "Survival" będzie się świetnie sprawować jako hymn Igrzysk i jest niesamowicie frapującym zwiastunem całej płyty, która swoją premierę ma już we wrześniu.

Kasia