Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

OFF Festival 2013 - relacja [Natalia]

Kolejne trzy dni w objęciach wujka Rojka. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to kulminacyjny punkt wakacji, od czterech lat w pierwszy weekend sierpnia każdy wie, że zmieniłam adres na Katowice i ogólnie jestem na innej planecie. Do tego OFFa, w myśl zasady "jestem media, nie muszę znać tych wykonawców" nie przygotowywałam się tak sumiennie jak do poprzednich i może faktycznie nie czułam tego lineupu tak bardzo jak większość moich znajomych. A, znajomi! Tych po raz pierwszy miałam na OFFie pod dostatkiem. Co chwila na kogoś wpadałam, na upartego nawet nie trzeba było się zdzwaniać, wystarczyło rzucić w powietrze pytanie "gdzie on może być?" i czekać, aż po trzech minutach zmaterializuje się przed tobą - typowy OFF. Na Open'erze wam to nie wyjdzie. Dlatego też, wybaczcie - czasem wygrywała rozmowa przy yerbacie niż koncerty. Tak bywa. Przestałam być już chyba dziewczynką, która biega od koncertu do koncertu starając się zobaczyć ich jak najwięcej wręcz na siłę. Pozwólmy sobie na trochę luzu. Złapanie festiwalowej atmosfery. A jest niezwykła. Bo trzeba przyznać, ze trafiając tydzień później na jeden wielki festiwal innego organizatora w innym wielkim mieście można się poczuć traumatycznie i jak w klatce, ale to już inna historia... A w Dolinie Trzech Stawów panuje perfekcyjny klimat, są leżaczki, plaża, piasek w butach, jeziorka, teren wydzielono tak, że znów znajdowały się na nim huśtawki, zawsze można położyć się pod drzewkiem i chwilkę odpocząć/pospać.
Mija kolejny tydzień, odkąd wybrałam się na ten festiwal i wypadałoby wreszcie podzielić się jakimiś przemyśleniami, co właściwie nie ma za wiele sensu, bo: a - nie przyłożyłam się do zadania "chodzę dwanaście godzin bez przerwy na koncerty", b - i tak wyjdzie na to, że jestem zachwycona. A poza tym, sporo czasu bujaliśmy się z Michałem i Tomaszem razem, więc wiecie - pewnie troszkę się powielimy, choć zdania odmienne też mieliśmy. A że każdy ma swoje, to już koniec tych tłumaczeń, przejdźmy do rzeczy troszkę bardziej zbliżonych do festiwalowych.
MIKAL CRONIN
Wszyscy ostro jarali się jego drugim albumem, który wleciał mi jednym uchem, a drugim wyleciał i ani śladu po nim nie zostało. Tym samym, Michał zawędrował pod barierkę, a ja zajęłam miejsce siedzące przed namiocikiem, gdzie z żywym zainteresowaniem przeglądałam księgę informacji offowej i troszkę potupałam nóżką. Do końca jednak nie zostałam, z kolegą zwinęliśmy się w bliżej nieokreślonym celu.
WOODS
Na Woods z kolei poszliśmy jeść, ale od specjalnego wysłannika themagicbeats mogę powiedzieć, że koncert woods stał na wysokim poziomie. Wszystko brzmiało dobrze, jednak całość koncertu polegała na tym, że muzycy wyszli, zagrali - fakt, ładnie, ale bez życia - i tyle po nich. Szczerze mówiąc, z tego co słyszałam ze strefy gastronomicznej, uważam, że mi samej ten koncert mógłby się spodobać, bo melodie brzmiały obiecująco. Ale cóż zrobić, jeść też kiedyś trzeba, ale uroki OFFa - idziesz jeść, i tak coś słyszysz. Gorzej, gdy gra wtedy Brutal Truth. A co do gastro - propsy za fritze, yerbaty i wostoki za piątaka - mega sprawa. Frytki na korzyść Open'era, ale widocznie Gruba Fryta ma monopol na ten produkt jedynie w Gdyni, naleśniczki też fajne, nawet jeśli stoi się przed dylematem, czy nie zjeść pół naleśnika, czy zjeść pół naleśnika z kartonikiem, w którym został podany.
CLOUD NOTHINGS
Ja tam chciałam iść na The Soft Moon, ale że całość ekipy szła na Cloud Nothings, poddałam się. Postałam chwilkę, usłyszałam "No Future/No Past", a potem ktoś powiedział "Ej, idźmy się napić" i bez wyrzutów sumienia opuściłam mBankową scenę. A przy piciu rozmawiało się tak dobrze, że o The Soft Moon zapomniałam, a słuchając komentarzy, ciężko jest mi to sobie wybaczyć.
ZBIGNIEW WODECKI with MITCH&MITCH
Już wiem, co robiłam jak grał Mikal, a ja sobie poszłam! Mówiłam panu Zbigniewowi "dzień dobry" jak przystało na kulturalnego młodego człowieka, pan Zbigniew mi odpowiedział, jak przystało na dżentelmena, a później słałam esemeski do mamy, że "MAMOOOO, POWIEDZIAŁAM PANU ZBIGNIEWOWI DZIEŃ DOBRY". Samym koncertem jednak trochę wzgardziłam i nie dałam się porwać Michałowi i Tomkowi, którzy zdecydowanym krokiem wbijali pod scenę, a ja robiłam sobie przechadzki po terenie. Idę raz obok maina - pan Zbigniew gra na trąbce. Idę drugi - pan Zbigniew gra na fortepianie. Przechodzę kolejny - pan Zbigniew gra na skrzypkach. I trzeba przyznać, że niektóre teksty tych starszych niż dinozaury piosenek były najzwyczajniej w świecie urocze. Dobry oldskul, ale całego koncertu raczej bym nie pociągnęła.
THE POP GROUP
Byłam chwilę, nie podeszło, Tomek został na placu boju i chyba nie było mu tam źle.
ALUNAGEORGE
Trochę beka, bo mają taką nazwę, że wszystko się skupia na Alunie. Mówisz "Aluna" i wszystko jasne, już wiesz, że chodzi o AlunaGeorge. Poza tym, mają taką Alunę, że wszystko skupia się na Alunie. Bo Aluna, moi drodzy, jest dupeczką. Wyszła w zwykłym kucyku i z gołym brzuchem, a ja rozejrzałam się wtedy po namiociku i już wiedziałam - przyszli głównie panowie. Ale szczęście dla tych, których znam - wiem, że jarają się też muzyką tego duetu. Ja na samym początku, jeszcze dawno dawno, na etapie pojawienia się w czeluściach internetu "Your Drums, Your Love" byłam opcją hejterską, przeszło mi po "Attracting Files", a album jest dla mnie dość, że tak powiem, letni. Sam koncert był nawet spoko, Aluna fajnie ruszała bioderkami, okazało się, że właściwie więcej "rapuje" niż śpiewa, że wolę White Noise w wersji Disclosure, a i tak cały koncert czekałam na "Bad Idea", choć wiedziałam, że go nie grają. Fajnie było. Nawet dzień później chłopcy powtarzali "Noooo, Aluuuunaaaa", więc wiecie, coś na rzeczy JEST.
BLONDES
Późno już było, zimno się zrobiło, okazało się, że nowe namiociki z merczem strasznie odbijają dźwięki z Leśnej i ogólnie to postójmy chwilę i zwijajmy się do spanka, bo było fajnie, ale nie dałam się wkręcić w taką wiksę, jaką zaplanowałam dla tego występu. Choć całkiem fajna, solidna elektronika i w sumie dobrze, że pojawili się na OFFie, bo nigdy nie myślałam, że usłyszę ich na żywo.
 W tym miejscu chciałam pozdrowić zespół Kamp!, który lubi pizzę, bary sałatkowe i wie, co to znaczy jeździć windami hotelu Katowice.
UL/KR
Było za gorącoooo. Siedziałam sobie w cieniu, dochodząc do wniosku, że i tak odbiję ich sobie w przyszłości. Po troszku tego, co usłyszałam, jestem dość zdeterminowana, aby całość przeżyć świadomie.
GLASS ANIMALS
Zlot dziwnych ludzi, jeden pan miał widelec w tylnej kieszeni spodni, drugi pan wymachiwał szczoteczką do zębów, a trzeci pan miał torbę z Unsounda z Future Shock i to akurat było fajne. I dalej było za gorąco, właściwie na początku mi to nie przeszkadzało, bo myślałam, że koncert tychże młodych ludzi będzie należał do tych krótszych, po każdej piosence myślałam, że to już ostatnia, a oni trochę tego materiału jednak wysupłali. I też tak stałam w tym namiocie, co piosenkę myśląc "ta ostatnia" i starając się nie mdleć, bo do czego dążę: to był świetny koncert. Boję się pomyśleć, co będzie za jakiś czas, kiedy oni nagrają troszkę poważniejsze rzeczy niż epka. Uwierzcie mi - nie brzmiało to jak koncert debiutantów, co ja mówię! - Zespołu bez albumu na koncie. Było bardzo ambitnie, rytmicznie, zdecydowanie niebanalnie i całość miała w sobie dużo uroku. Glass Animals to pięknie skrojone piosenki. Przemyślane, jednocześnie przecież nie szybkie, a do bujania się. Czasem brzmią jak Alt-J. A ja nie lubię Alt-J, jednak w takim wydaniu jedyne, co można zrobić, to się zakochać. I starać się wytrzymać jeszcze jedną piosenkę, nie mdlejąc z gorąca. I wrażenia.
MERCHANDISE
Poszliśmy po napój. Usiedliśmy na trawie w strefie gastronomicznej, po czym usłyszałam pierwsze takty Anxiety's Door i przypomniało mi się, że przecież teraz grają oni. Co więcej, grają moją ulubioną piosenkę. Nie dałam towarzystwu długo posiedzieć, zagoniłam nas pod leśną. Bardzo lubię Anxiety's Door, usłyszałam to dawno temu przypadkowo, to jedna z lepszych piosenek jakie przewinęły się przez moje uszka przez dłuższy czas. Gdy Rojek ich ogłosił, to za bardzo nikt nie rozkminił, że oni to oni, poza tym mają beznadziejną nazwę, weźcie to wpiszcie w google. No ale koniec końców, usłyszałam Anxiety's Door na żywo. I można się zastanawiać, czy to wada, czy zaleta, że zagrali to jako pierwsze. Z jednej strony, straciłam zainteresowanie dalszą częścią koncertu, bo swój ulubiony fragment już usłyszałam, z drugiej strony, wiedziałam już na przykładzie tego utworu, że będzie to solidny występ. I taki był. Zdecydowanie nie należał do wybitnych, ale był to idealny wybór na tą porę dnia, a całość brzmiała niezwykle przyjemnie dla ucha. I wciąż nie czaję ekscentrycznej konferansjerki wokalisty.
JENS LEKMAN
Jakieś niewydarzone to było. I brzmiało jak piosenki dla dziewczynek z dobrych domów. #tomek
THE PARADISE BANKOK MOLAN INTERNATIONAL BAND
Połowa dobrych koncertów na OFFie to koncerty bez ładu i składu, artystów wyciągniętych nie wiadomo skąd. A ci panowie są z Bankoku i udawali Soląż, która, bookując trasę koncertową po europejskich festach najpierw wylała się na syna nie chcąc towarzyszyć mu w rozpoczynaniu edukacji, a potem stwierdziła, że tak nie zachowuje się matka i olała swoich fanów, odwołując koncerty. I dostaliśmy oto taki zespół. ONI SERIO BRZMIELI JAK METRONOMY. Mam świadków. Nie uroiłam sobie tego. To było jednocześnie fajne, a z drugiej komiczne, ale świetnie było widzieć, jak bardzo granie muzyki sprawia tym ludziom przyjemność. A dawka egzotyki przecież nie jest czymś codziennym. I taki jest właśnie ten festiwal - nie jest płaski, jest wielowymiarowy. W zasadzie nigdy nie wiesz, co zdarzy się za chwilę. A nam w Katowicach trafił się Bankok. I dobrze!
BRUTAL TRUTH
Nie byłam, lecz słyszałam. Zawsze zdarzy się trochę Woodstocka na OFFie, ale jak ubiegłoroczna Meszuga nie kojarzy mi się dramatycznie źle, a nawet od niej nie uciekałam, tak siedząc na klopsztangach i będąc w zasięgu twórczości Brutal Truth (bo chyba wszyscy byli) na przemian wybuchałam śmiechem i wyrażałam swój niesmak. Ale trzeba być wyrozumiałym, każdy ma swoją muzykę, a ja się cieszę, że jestem już po tym doświadczeniu.
THE WALKMEN
Moja jedyna styczność z The Walkmen to jeden jedyny raz, gdy zobaczyłam ich na stronach z zapowiedziami koncertów w NME jakieś milion lat temu. Nigdy nie słuchałam, wiedziałam, że The Rat gniecie, tyle mi wystarczało. Na początku kontynuowaliśmy siedzenie na klopsztangach, gdzie doszło do mnie, że The Walkmen to serio genialna i mocna perkusja, a pan wokalista to elegancik, bo wyszedł w do nas w garniturze i śpiewanie wychodzi mu bardzo dobrze. Potem poszłam na jakieś 5 minut Julii Holter, która wypadła tak źle, że nawet nie chcę o tym pisać, a The Walkmen właśnie wtedy zagrali The Rat. Zasmucona, resztę koncertu stałam sobie na tyłach i bujałam się w rytm utworów, które, choć nieznane, a końcowe o dziwo kojarzone, niezwykle przypadły mi do gustu. Nie wiem, czy ktoś się ze mną zgodzi, ale The Walkmen mają coś z estetyki i ducha Arcade Fire. I choć wiem, że niektórych ten koncert nieźle uśpił, mi spodobał się bardzo i wracałam do domu z postanowieniem, że porządnie zapoznam się z tym zespołem.
RUDI ZYGADLO
Kojarzyłam go sprzed OFFowych ogłoszeń i miałam jakieś takie przeświadczenie, że mi się nie podoba. Nie pamiętałam dokładnie, co Rudi gra, ale wiedziałam, że to nie jest to. Zdecydowałam się dać mu szansę, bo młodziak i w ogóle, a może ja źle pamiętam... Po chwili już wiedziałam, że pamięć mnie nie zawiodła. Na placu boju został tym razem Michał, ja poszłam słuchać wirujących pralek.
GODSPEED YOU! BLACK EMPEROR
Ponoć dopiero w niedzielę mieliśmy usłyszeć wachlarz dźwięków generowanych przez różnorakie sprzęty gospodarstwa domowego, przedsmak dostaliśmy już dzień wcześniej. Nie lubię post-rocków. Nie rozumiem ich. Więc siedziałam sobie na trawce (oddajmy zadość historii - następnie leżałam) i postanowiłam się skupić na tej muzyce. Cały koncert brzmiał niezwykle podobne, ale hej, to nie było aż takie złe. Było specyficzne i w ogóle, w domu tego nie posłucham, ale było to ciekawe doświadczenie i jestem za nie wdzięczna.
AUSTRA
Nie wiem po co Rojo ją sprowadził, ale jak jest, to przecież nie oleję. Lubię aż całe trzy piosenki Austry. Jednak o nie, to nie było tak, że byłam negatywnie nastawiona, wprost przeciwnie, szłam raczej bez żadnych obiekcji. Ależ się przejechałam. Ja rozumiem, że panienka jest szkolona, ma widowiskowy głos, ale okazało się, że coś często jej się załamuje, a po drugie połowa tej widowiskowości tkwi w podkręconym na maksa mikrofonie. Poza tym, nie wyciągała charakterystycznych dźwięków w Lose It, które tak bardzo lubię. The Beat and the Pulse zabrzmiało nawet okej, a trzecia piosenka? Nawet nie pamiętam, która to. Całość ratowały całkiem porządne miejscami syntezatorki. A na dj secie puszczali Azari & III, więc za to dodatkowy plusik, bo zbyt wiele ich nie ma.
HOLY OTHER
To było całkiem zabawne, to znaczy, początek. Jednostajny podkład i co jakiś czas parę pisknięć w różnym natężeniu. Lecz wybaczcie, było zbyt późno na żarty.
REBEKA
Widziałam ich piąty raz i średnio co drugi mi się nudzi, ale tym razem było bardzo spoczko. Helladę dotychczas słuchałam jedynie na żywo i zdążyłam dorobić się swoich ulubionych fragmentów, a starsze numery też dają radę. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał ich na żywo? Więc wiecie, o czym mówię. Poza tym: Bartek to ciasteczko, Iwona jest cudowna.
TRES.B
Przekonałam się do Tres.B, gdy supportowali Dry the River we Wrocławiu, a że Autre Ne Veut bardzo nie lubię, wiedziałam, że tym razem to oni będą stanowić tło do rozmowy. Wiedząc, że na wokalu jest Misia, wydawać by się mogło, że poleci jakaś słodycz, a Tres.B nie dają sobie w kaszę dmuchać i tworzą bardzo porządny kawałek muzyki, o bardzo zagranicznym zabarwieniu, gdzie na pewno spodobaliby się bardziej, niż pożal się Boże Brodka.
JAPANDROIDS
Scenka rodzajowa z serii: kręcę się po terenie, bo jednak poszłam na sekundę na Autre Ne Veut, moje uszy zwiędły i dokonałam prędkiej ewakuacji: za jakieś piętnaście minut mieli zacząć grać Japandroids. Pod leśną siedzi sobie trochę ludu, głównie tyłem do sceny. Podchodzimy bliżej i nagle pada pytanie: ej, oni sami sobie robią soundcheck? Ano, robili. A ludzie czekający pod nich na barierką mieli to gdzieś. Zabawne. Tego dnia Japandroids kończyli trasę, więc mieli wyjątkowo dobry humor, bo kto by nie miał, kiedy można zejść ze sceny i zrelaksować się, wreszcie porządnie się upijając. Od samej Miz można było usłyszeć, że ten zespół koncerty daje świetne, jednak nie byliśmy w klubie, a na festiwalu, więc panowie ograniczyli się do skakania po scenie i jej, jakże było energicznie! Porządnych gitar nigdy za wiele, poza tym można było dostrzec, że granie sprawia Japandroids czystą przyjemność i nie robią tego na odwal się. Na pewno jeszcze kiedyś przejdę się na ich koncert, bo brzmieli zdecydowanie dobrze, i właśnie straciłam puentę. Nie pamiętam. W każdym razie: jestem na tak.
MOLESTA
- Ej, co robimy?
- A co gra?
- Molesta.
- No bez kitu, nie pójdziemy przecież na Molestę.
- Usiądziemy sobie, niby co mamy robić.
Okazało się, że dobre rapsy, ta Molesta. Widzieliście kiedyś pogo na rapsach? A ja tak! Leciały staniki, leciały przekleństwa, teksty o policji i inne takie, a wcale nie czuję się winna, że bawiłam się dobrze, bo każdy kogo znam na Moleście bawił się po prostu dobrze. I śpiewanie kawałka Myslovitz, świetny ukłon w stronę organizatora, nawet jeśli z tym zespołem łączy go tylko przeszłość. Bardzo miło spędzona godzinka.
DEERHUNTER
Powyższą relację napisałam w jeden wieczór. Zatrzymałam się przy Deerhunterze. No bo co ja mam o nich napisać?
Nie jestem największą fanką tego zespołu na świecie. Znam przynajmniej jedną osobę, która jest w stanie swoim uwielbieniem do nich przebić chyba dosłownie każdego. Tak się trafiło, że to właśnie przez tą osobę zaczęłam w ogóle słuchać Deerhunter, a też nie jakoś znacznie obsesyjnie, bo zaznajomiłam się z nimi dopiero przy Halycon Digest, do teraz znając jedynie wyrywki z ich wcześniejszej dyskografii. Nie zmienia to tego, że są jednym z zespołów, które darzę ogromnym uczuciem i uważam za muzycznych geniuszy.
Pamiętam dobrze wieczór ogłoszeń, w który padła nazwa "Deerhunter". Nie mówiło się wtedy jeszcze chyba o Monomanii, o Halycon Digest również, bo zbyt dużo czasu upłynęło, żeby było o czym mówić. Jednak: stało się. Deerhunter na OFFie. Ich pojawienie się w Katowicach stało się faktem, a ja zastanawiałam się, czy da się zreanimować kogoś na odległość, bo nie tylko mnie zabiła ta informacja: prawdopodobnie największego fana tej grupy na świecie również.
I tak mijały sobie miesiące, do festiwalu pozostawało coraz mniej dni, w którejś chwili światło dzienne ujrzała Monomania, najnowszy album zespołu. Posłuchałam, stwierdziłam, że płyta ma parę dobrych fragmentów, jednak nie wstrząsnęła mną tak jak jej poprzedniczka.
I gdzieś w tym wszystkim, w kolejnych mijających miesiącach, udało mi się zapomnieć, że Deerhunter, jeden z moich tak czy siak ulubionych zespołów, wystąpi na OFFie.
Średnio docierało to do mnie nawet na etapie jechania do Katowic, pomijając to, że był taki moment przy ogłaszaniu timetable, że "deerhunter przed mbv, wow, piękna noc". Iście oszalałam dopiero na jakieś parę godzin przed koncertem Amerykanów. Bo przypomniało mi się, że przecież jej, to Deerhunter.
I tym oto sposobem, olałam Thee Oh Sees i w chwili, gdy kończyła się Molesta, zaczęłam delikatnie, acz stanowczo przemieszczać się w kierunku barierki. I dopadłam ją, a wraz z nią - soundcheck zespołu.
A nie było to zwykłe sprawdzanie instrumentów. Na dobre nie wiem ile - pół godziny, czterdzieści minut? - przed koncertem na scenie pojawili się wszyscy członkowie zespołu, łącznie z Bradfordem, każdy złapał za swój instrument i już samo ich zachowanie na scenie podczas tego procesu było niezwykle ciekawe. Ale cóż, tak mają psychofani. Trzeba jednak przyznać, że było coś niezwykłego w tym, że z soundchecku gładko przeszli do samego koncertu - nie wychodzili się już skupić, zmienić stylówy, nie potrzebowali wielkiego wejścia, zbędne jest dla nich błaganie tłumu o to, żeby wreszcie się przed nim pojawili. To bardzo nietypowe zachowanie, które nie jest zbyt częste, właściwie chyba nie przypominam sobie, czy byłam kiedyś na koncercie, na którym muzycy tak by zrobili. Deerhunter zatarli gdzieś tę granicę, rozpoczynając koncert w sposób, że wielu pewnie nie połapało się, że to już teraz. Że to się dzieje.
Deerhunter to bardzo zgrany organizm, wszyscy zawsze piszą "Bradford i koledzy z zespołu", moim zdaniem niesłusznie. Moimi faworytami są jeszcze skromny Lockett, który na soundchecku stojąc na scenie głównie ziewał, oraz ochrzczony przez nas mianem "młodego", dzierżący gitarę chłoptaś stojący najbardziej po lewej stronie. Świetnie oburzał się, gdy podczas koncertu stojący obok Bradford opieprzał go za coś, na przykład za to, że w złej chwili zaczął... grać na gitarze.
To była najkrótsza godzina w moim życiu. Przysięgam. Mogłabym wymieniać, co i jak zagrali, ale nie wiem, czy ma to większy sens. Pojawiło się troszkę Halycon Digest, było troszeńkę starszych od niej rzeczy, ale głównie poleciała Monomania. I wiecie co? Dopiero na żywo odkryłam, jak bardzo ta płyta jest dobra. Ma wielką moc, jest świetnie piosenkowa, ale także energiczna i drapieżna. Niby nie łatwa, ale jednak przystępna. Jestem pewna, że gdybym trafiła na ten koncert z przypadku i stała na tyłach, również by mi się podobało.
Okazało się, że Bradfort jest gadatliwy, komplementował nasz kraj, drażnił się z Lockettem, słodko przedstawił cały skład, oraz przyjął kwiatka, którego ktoś wrzucił dla niego na scenę. Nie usłyszałam The Missing, usłyszałam jednak Desire Lines.
A na koniec, kiedy zagrali tytułowa Monomanię, wiadomo było, że to już wszystko. Że to już ostatnie chwile, które możemy współdzielić z tymi wspaniałymi muzykami. Ale okazało się, że udało się im nas zaskoczyć. Deerhunter chyba wzięli sobie do serca, kto gra po nich, i uraczyli nas dużą dawką gitarowego hałasu, zrobionego jednak z rozsądkiem i robiącym wrażenie. Kto był spostrzegawczy, mógł zobaczyć, że z boku sceny tą laurkę dla My Bloody Valentine oglądają sami muzycy My Bloody Valentine. Debbie zakrywała usta dłonią. Coś jest na rzeczy, coś jest.
Nie było wielkiego bum, końca show, zejścia ze sceny - oni skończyli i zaczęli zwijać kable. A ja jedyne na co miałam ochotę, to przytulać się do ludzi. Ten koncert zgniótł, choć nie poczujecie tego czytając moją relację. Ale gdyby ktoś jeszcze spytał mnie, jak było na Deerhunter, zrobiłabym właśnie to. Przytuliła go.
Ewidentnie koniec, Bradfort zabrał swój sprzęt i również usunął się ze sceny, wjeżdżają na nią wzmacniacze MBV. Na barierkach cztery sztuki nas, którzy przyszli na Deerhunter. Szybka kalkulacja: mamy  zatyczki, My Bloody Valentine większość z nas darzy ogromnym uczuciem, mamy wymarzone miejsce milionów na świecie, jednakże, decyzja: wychodzimy. Do dziś nie wiem, jak mi się to udało, bo rzucił się na moje miejsce dziki tłum, krzycząc "o tak, barierki!". Jak jednak miałam oddać im to miejsce, skoro na mnie nacierają? Wreszcie udało się, wszyscy zadowoleni, każdy z nas w amoku po tym, jakie wrażenie zrobili na nas Deerhunter. Cassa McCombsa nie ma, Goat nie lubię, jeden z nas nie zna, jeden lubi, ale wszyscy udajemy się po coś do picia. I przegadaliśmy godzinę, w niezwykle miłej atmosferze, siedząc w stawie. Jeden z najfajniejszych momentów tegorocznego OFFa.
MY BLOODY VALENTINE
Pierwszą część tego koncertu słyszałam siedząc w stawie, bo stwierdziliśmy, że lepiej jest podchodzić bliżej niż się cofać. Potem podeszliśmy bliżej, stojąc już nie na głównym OFFowym trakcie, lecz już na trawce. Potem byłam w toitoiu, gdzie, uwaga, było słychać wokale! Potem, wracając na trawę, zdecydowałam się na zatyczki, ale w nich nie było słychać ani wokalu, ani nic innego, więc poszły w odstawkę, choć do końca życia pamiętać będę, jak tłumaczyłam pani w aptece na czym polega ściana dźwięku, bo spytała mnie, że co to za koncert się dzieje, że ludzie wykupują cały nakład stoperów, jakim dysponują apteki. Potem byłam na Mykki Blanco, potem siedziałam w strefie gastronomicznej. Było nas cztery osoby, które w mniejszym, lecz w większości większym stopniu jarają się My Bloody Valentine. Ja osobiście jestem fanką Isn't Anything, lecz opuściło mnie sporo miłości po mbv, które średnio mi podeszło. Miałam kiedyś plan, żeby być na barierce. I tak, czytałam recenzję Warny z Berlina, w której stwierdził, że My Bloody Valentine nie są tak dobrzy na żywo, jak wszyscy ich malują. I muszę mu oddać rację. Bardzo mi się nie podobało. Może zgadywanie w "jaka to melodia, a chociaż z którego albumu" była bekowa do momentu, gdy nie zaczęła boleć mnie głowa od jednego wielkiego huku. Ja rozumiem, że tak sobie zespół zażyczył i tak się prezentuje na żywo, rozumiem też Tomka, który po koncercie przyleciał do nas będąc w o wiele większym amoku i zachwycie, niż ja po Deerhunter, rozumiem też jednego z moich znajomych, przepadającego za tym zespołem, który spytany o to, gdzie stał na MBV, odpowiedział, że na Mykki Blanco. Inni z kolei przyznają się, że są nieobiektywni, bo są fanami My Bloody Valentine do bólu i cokolwiek i jakkolwiek by nie zaprezentowali, i tak by się im podobało. Ja mogę ich lubić, ale nie jestem bezkrytyczna. Drugi raz na ich koncert się nie wybiorę, pomijając to, że raczej nie będę miała już okazji.
JOHN TALABOT
Byłam, pobujałam się, nie pytajcie mnie jak było, bo ciężko mi powiedzieć. Mam troszkę w pamięci czarną dziurę.
FATIMA AL QUADIRI
Była trzecia w nocy, a panienka puszcza numery z laptopa i co jakiś czas darzy nas nieśmiałym uśmiechem. Serio, Fatima? Ja dalej nie bardzo ogarniam, bo byłam na Unsoundzie i kojarzę kawałek z jej występu jako bardzo energiczny, wtedy sama Fatima skakała i widać było, że jej się chce, tutaj się chyba nie chciało, zmęczenie we mnie wygrało.
Koniec. To już wszystko. To był OFF 2013. I wszyscy wiedzą, że i tak teraz napiszę, że było wspaniale, że i tak napiszę, że przyjadę za rok i za dwa i za pięć. Bo OFF jest magią. Na żadnym festiwalu nie czuję się tak dobrze, każdy inny festiwal powoduje u mnie nudę, a to coś, czego w Katowicach nie doświadczyłam. To najlepszy piknik roku i kropka. Czy ktoś się z tym zgadza, czy nie.

Coldplay [Warszawa, 19.09.12]

„Musisz kiedyś ich zobaczyć! Są niesamowici“ – tak mówiło sto procent moich znajomych, którzy mieli okazję zobaczyć owy kwartet na Open’erze. Nigdy nie zaliczałam się do wielkich fanek Coldplay, ale doceniam to, co zrobili dla przemysłu muzycznego oraz nie dziwię się, że dziś należą do czołówki największych zespołów. Zatem bez wahania musiałam zobaczyć zarówno te stare jak i nowe kawałki brzmią na żywo.

Bilet wisiał u mnie od stycznia. Przez ten czas miałam okresy euforii, a czasem zapominałam, że we wrześniu zobaczę jedną z najbardziej pożądanych formacji na świecie. Gdy wreszcie nadszedł 19 września, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Chciałam już tylko dotrzeć na Stadion Narodowy i tańczyć do utworów Brytyjczyków. Oczywiście nie byłam jedyna. Kilkaset ludzi od rana stało przy przedzielonych, by być jak najbliżej sceny.

Kiedy wreszcie nas wpuszczono (byście widzieli ten sprint do barierek!), dzielnie czekaliśmy na twórców hitu „Clocks“. Niedługo po otwarciu drzwi zaczęło padać. Dwie godziny stania w deszczu w budynku z odkrytym dachem. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi z prostej przyczyny – przyszliśmy się tu bawić i żadne anomalie pogodowe nas nie powstrzymają. Tak naprawdę większość zgromadzonych ignorowała nawet sam support w postaci Charli XCX oraz Marina & The Diamonds. A szkoda, bo sama wybrałabym się na ich oddzielne koncerty. Jak spisały się panie?

O 19:00 na scenę w ciężkich koturnach weszła Charlotte Aitchison. Grała krótko, bo niecałe pół godziny. Nie porwała publiczności nawet swoim hitem „You’re The One“. Część się bujała, a reszta stała niewruszona ruchami Angielki. Nie oszukujmy się, że jej muzyka budzi skrajne emocje i musi się po prostu podobać. Nie zachwyciła mnie jakoś szczególnie, ale „Nuclear Seasons“ fajnie było usłyszeć.



Natomiast lepiej zaprezentowała się już Marina Diamandis. Tu już dawano oznaki aprobaty („I love you Marina!“ dochodzące z kilku stron Stadionu). Brytyjka zszokowała swoją połyskującą różową suknią, futrzanym bolerkiem oraz oprawionymi perłami okularami. Powitała nas charakterystycznym „Cuckoo!” znanym z „Mowgli’s Road“. Wykonanie „Bubblegum Bitch“ – zdecydowanie najmocniejszy element show. Dziewczyna ma naprawdę świetny, a przy tym oryginalny głos. Pomimo braku jakiegoś szczególnego zaangażowania ze strony ludzi, artystka wydawała się być zachwycona. Zabrakło mi „Obsessions“ oraz „Girls“, ale może znajdę okazję, idąc na jej osobny występ. Jeśli chodzi o repertuar z „Electra Heart“ to dobrze, że wybrała utwory z pierwszej połowy płyty ze wzgędu na ich większą przebojowość. Support ogółem dał radę, ale i tak stracił znaczenie, gdy na scenę weszła główna gwiazda.


Miz (+zdjęcia)

Nawet nie wyobrażacie sobie, jak trudnym zadaniem jest opisanie prawdopodobnie najpiękniejszego dnia w życiu, bo mimo błahości i utraty znaczenia tych słów koncert Coldplay był takim dniem dla mnie. Dodatkowo muszę cały czas uważać, by nie hiperbolizować i przesadzać oraz starać się pisać jak najbardziej obiektywnie, by ta relacja była do strawienia. Jeżeli ktoś nie lubi idealizowania – może od razu przeskoczyć do czwartego akapitu od końca.

Śpiąc jedynie kilkanaście minut jeszcze w nocy wraz z grupką przyjaciół wyruszyliśmy do stolicy, by wreszcie w okolicach 13:30 znaleźć się pod barierkami Stadionu Narodowego z numerkiem 274 czekałem cierpliwie na otwarcie bram. Tuż przed 16 chcieliśmy się zachować kulturalnie i nie biec pod scenę tylko na nią dojść – plan udał się połowicznie, tuż po otrzymaniu najcudowniejszego koncertowego wynalazku – Xylobandu, wszyscy fani zespołu (w tym i ja) ruszyli z pełną prędkością pod scenę by moknąć pod niezasłoniętym dachem stadionu. Gdy wreszcie zbliżała się godzina 21 a z głośników na stadionie można było usłyszeć „99 problems” Jaya-Z wiedziałem, że za chwilę spełnią się moje marzenia. Mimo to nie obyło się bez rozterek, gdyż pod sceną nagłośnienie na supportach było delikatnie mówiąc nienajlepsze – wokal był prawie niesłyszalny, a bas zagłuszał wszystkie pozostałe kanały. Kiedy jednak muzycy weszli na scenę przy dźwiękach „Back to the Future Theme” i wreszcie, prawie rok po planach udania się na koncert zobaczyłem Chrisa Martina i spółkę wszystkie moje myśli odpłynęły, a gdy wokalista wykrzyknął krótkie „yeap!” i począł grać „Mylo Xyloto” nogi same zaczęły skakać a ręce machać wraz z założonymi na nich Xylobandami.



Wypadałoby wreszcie poświęcić troszkę miejsca temu banalnemu małemu dziełu sztuki – jest to zwykła bransoletka, podobna do opasek, które otrzymuje się na festiwalach – jednak w niej umieszczone jest kilka lampek (w zależności od rodzaju bransoletki – białe, żółte, niebieskie, czerwone i zielone) które świeciły po wysłaniu odpowiedniej fali przez realizatora koncertu. Dodatkowo cała oprawa koncertu była doskonale przygotowana – scena, na której były wypisane teksty z piosenek, nazwy miast czy zwykłe graffiti, pomalowane instrumenty, kolorowe koła które świeciły w tle, gigantyczne okrągłe ekrany na których wyświetlali się muzycy, wizualizacje czy też widzowie – to wszystko robiło gigantyczne wrażenie. No i nagłośnienie było naprawdę doskonałe – żaden instrument nie zagłuszał innego, wokal Martina był również doskonale nagłośniony – co prawda, słyszałem pogłoski że na trybunach dźwięki potrafiły się zlewać (szczególnie na intro „Clocks”) jednak w Golden Circle lepszego nagłośnienia nie można było sobie wyobrazić.



Wróćmy jednak do samego koncertu – gdy tylko rozpoczęło się „Hurts Like Heaven” tłum popadł w szaleństwo – skakał każdy, starszy czy młodszy, a liczne lasery i fajerwerki rozjaśniały i tak jasne od bransoletek niebo. Na lepiej znanym szerszej widowni „In My Place” (z fenomenalnym na perkusji Willem Championem w roli głównej) podczas refrenu ze specjalnych wyrzutni niebo zostało zasłonięte różnokolorowym confetti, wyciętym w kształcie symboli z Mylo Xyloto – m.in. motylkami, literkami M i X, rakietą, serduszkami, łezkami i kwiatuszkami. Przed „Major Minus” Chris powiedział parę błahych słów, że to prawdopodobnie najlepszy koncert z trasy Mylo Xylotour („this concert will be fuc***g awesome!”), a Polacy to najlepsza publiczność na świecie – pewnie na każdym koncercie pojawiają się takie słowa, ale to one stanowią część genialnego kontaktu frontmana z publicznością. Sam utwór na przekór krytykom oskarżającym ich o coraz bardziej komercyjne granie był zagrany z niespotykaną, wręcz hard rockową werwą, a cały stadion rozświetlił się na złowrogi czerwony kolor. Na „Lovers in Japan” nie zabrakło confetti (tym razem i błyszczącego!) oraz gigantycznych balonów, które tłum odbijał pomiędzy sobą – gdy w końcu balon pękł, na fanów rozsypywało się – no cóżby innego! – różnokolorowe płatki papieru.



Po naprawdę żwawych i wesołych utworach przyszła kolej na „The Scientist”. Ta delikatna balladka, brzmiąca o niebo lepiej na żywo niż na płycie wycisnęła łzy z wielu niewiast. Gdy tylko zabrzmiały pierwsze takty „Yellow” chciałem zabrać się do wydzierania (bo śpiewem już tego się nie dało nazwać) tekstu najstarszej piosenki na koncercie, jednak oprócz pianina i wręcz ambientowych dźwięków gitary reszta instrumentów była zupełnie cicha. Gdy już wydawało się, że Yellow będzie czymś w stylu „Coldplay Warsaw Unplugged” lecz na początku drugiej zwrotki wszystko dosłownie ryknęło. Fani również nie zawiedli – zostały wypuszczone liczne żółte baloniki, co nie umknęło uwadze Coldplay („I love the baloons!”). Następne dwa kawałki to znowu ostrzejsze granie – „Violet Hill” z banalnie prostą, ale jak zgrabną solówką gitarową Jonny’ego oraz jeden z piękniejszych momentów koncertu, „God Put A Smile Upon Your Face”, zagrane w aranżacji z AmEx Unstaged (polecam przesłuchać!) zakończone rzuceniem pięknego Fendera na scenę. Przy tymże utworze nie tylko muzyka, ale i tekst utworu został zmieniony na pochwałę cudownej polskiej widowni (która zaiste była na najwyższym poziomie – nikt się nie pchał, nie słyszałem jakiś głosów niezadowolenia - każdy bawił się najlepiej jak mógł i z każdym można było zamienić miłe słowo).



Po krótkiej przerwie Guy, Will, Chris i Jonny pojawili się na środku X’a kończącego wybieg a na telebimach pojawił się snippet w którym główną rolę grała Rihanna. Pomimo tego, że „Princess of China” w wersji studyjnej jest naprawdę kiepska, na koncercie dało się troszkę pośpiewać. Był to jednak najsłabszy moment koncertu, który wynagrodziły dwie kolejne piosenki – „Up in Flames” i „Warning Sign”. W czasie drugiego utworu na pianinie pojawił się album przygotowany przez polskich fanów Coldplay, który znalazł się nawet na głowie Martina.

Znowu chwila ciemności. Lecz jak tylko na stadionie zabrzmiało „Don’t Let It Break Your Heart” zaświeciły się fioletowe motyle rozstawione w różnych częściach płyty, a sam utwór był doskonałym przedsmakiem najpopularniejszego hitu Coldplay. Gdy technicy wprowadzili kotły na scenę już spora część widowni zaczęła śpiewać „Viva la Vidę”, która niosła się po Narodowym jeszcze długo po zakończeniu piosenki, nie dając rozpocząć zespołowi „Charlie Brown”. Właśnie podczas pisania tej piosenki (a dokładnie wersu „we’ll be glowing in the dark”) w głowach muzyków pojawił pomysł na Xylobandy – nie mogło więc ich zabraknąć podczas odgrywania i tego utworu. Zaraz po tym Martin zaczął grać pierwsze nuty „Paradise” które zostało entuzjastycznie przyjęte przez tłum wykrzykujący powtarzające się wiele razy „it’s a para-para-paradise!”. Kiedy opowieść o małej dziewczynce zbliżała się ku końcowi, frontman zespołu wykrzyczał do mikrofonu „I don’t wanna stop, I don’t wanna finish, I don’t wanna leave Warsaw!” i począł na nowo grać radosną piosenkę.



Na chwilę muzycy znowu zniknęli – niektórzy mniej zorientowani w przebiegu koncertów Coldplay myśleli, że to koniec. Jednak po chwili cała czwórka pojawiła się na scenie rozstawionej pośrodku płyty i zagrali tam dwie piosenki – spokojną „Us Against The World” oraz akustyczną wersję „Speed of Sound”.

Po powrocie na główną scenę jako pierwszy został odegrany kolejny z „the best of” Coldplay – „Clocks”, które zostały okraszone znowu prostym, a jakże banalnym pomysłem – lasery na tle rozpylonej wcześniej pary wodnej dawały efekt podobny do zachmurzonego nieba. „Fix You” natomiast było ostatecznym wyciskaczem łez – kogo nie ruszył „The Scientist”, ten uronił łezkę na przedostatnim utworze warszawskiego koncertu. Ostatnią piosenką show było „Every Teardrop Is A Waterfall” – potężna dawka radości i energii, całkowita odmiana po dosyć smutnym i wolnym „Fix You”. Po raz ostatni zaświeciły się Xylobandy, po raz ostatni Warszawa została wpleciona w tekst piosenki „and Warsaw (heaven) is insight” i po raz ostatni różnokolorowe fajerwerki oświetliły niebo nad największym stadionem w Polsce. Zresztą, cudowna atmosfera udzieliła się nie tylko fanom, lecz i samym muzykom – Chris po koncercie ucałował scenę, co zdarza się naprawdę rzadko.



Dlaczego koncerty Coldplay są takie niesamowite? Chyba dlatego, że ci ludzie są naprawdę swoimi przyjaciółmi – to nie U2, którzy po zagraniu koncertu rozjeżdżają się w różne strony. Spędzają razem czas, razem grają w gry komputerowe a po koncercie przybijają sobie piątki i razem łapiąc się niczym aktorzy dziękują publice.

Czego zabrakło mi w tym show? Na pewno dwóch piosenek – „Shiver” oraz najukochańszej „Lost!”, oraz jakiejkolwiek zmiany setlisty (od dłuższego czasu jest taka sama). Od Chrisa Martina chyba wszyscy muzycy mogliby uczyć się niesamowitego kontaktu z publicznością oraz gigantycznego zaangażowania w koncert, od całego zespołu – cudownej oprawy (która nie szokowała, lecz zachwycała, nie tworzyła show, ale idealnie go dopełniała), a akustycy – genialnego nagłośnienia.

Pozostaje mi teraz tylko czekać na kolejny koncert Coldplay w Polsce – niestety, na to szybko się nie zanosi.



Wraz z tą relacją kończy się też moja przygoda na themagicbeats. Pisanie recenzji szło mi coraz trudniej i były one coraz bardziej schematyczne, a i od dłuższego czasu nic mojego nie pojawiało się na blogu, dlatego też postanowiłem odejść z redakcji. Dziękuję wszystkim – Wam, czytelnikom za choćby rzucenie okiem na moje wypociny oraz mniej lub bardziej konstruktywną krytykę, dziewczynom i chłopakom z redakcji za cudowną atmosferę oraz mojej naczelnej – Natalii za przyjęcie mnie do redakcji i otworzenie nowych możliwości.

Kogucik

Berlin Festival – część II [08.09.12]

Po ścisku zapewnionym przez fanów The Killers oraz transport do Club Xberg myślałam, że niemiecka impreza nie mogłaby mnie jeszcze bardziej zmęczyć. Okazało się to jedynie początkiem jeszcze większej zabawy. Jakiej? Zapraszam do lektury.

Podobnie jak w piątek, drugi dzień festiwalu rozpoczęłam występem na Mainstage. Pogoda tym razem nie dopisywała, gdyż w jednej chwili spadł taki deszcz, że publiczność wolała przeczekać pod dachem niż posłuchać muzyki pod sceną. O godzinie 15:00 zaczęli grać Plan B, ale nie, nie chodzi mi o projekt Bena Drew. Pod tą nazwą kryje się rockowa formacja z Niemiec założona w 1984 roku. Koncert należał do przeciętnych. Jednym z momentów, który utknął mi w pamięci, były dzieci trzymające flagi z tekstem refrenu, więc każdy mógł dołączyć do śpiewania i tyle.

Pół godziny po skończonym show na deski wszedł również rodzimy Cro przypisujący sobie gatunek „raop“ (chyba nie muszę pisać czego połączeniem jest owy wyraz). O dziwo frekwencja publiczności była jedną z większych podczas całego Berlin Festival. Carlo Waibel pomimo obecności zespołu, skupiał na sobie całą uwagę. Próbował na różne sposoby zabawiać zgromadzonych, którzy świetnie znali tekst. Całość przypomniała mi występy zespołu Tworzywo Sztuczne. Bez zachwytu, ale fajnie się kręciło bluzami z kilkoma tysiącami ludzi. Bonus w postaci rapowanej wersji „Banquet“ Bloc Party też zaliczam do pozytywnych wrażeń.

Następni w kolejce do sceny głównej ustawili się nominowani w tym roku do nagrody Mercury Prize – Django Django. Liczba ludzi nie wyglądała już tak imponująco, jak u poprzedniego wykonawcy, co mnie mocno zaskoczyło. Z tak dobrym debiutem nie mogłam się doczekać, co Brytyjczycy zaprezentują. Ukazało nam się czterech muzyków ubranych w niemal identyczne koszulki. Ich debiut o wiele lepiej brzmi na żywo dzięki bardziej wyraźnemu brzmieniu gitary elektrycznej. Od „Introduction“ przez „Hail Bop“ zahaczając o „Firewater“ oraz „Default“ aż na „Wor“ kończąc. Jedynie brak „Zumm Zumm“ mnie zawiódł, biorąc pod uwagę nie tak bogaty dorobek kwartetu z Edynburgu. Świetnie, że chłopcy eksperymentują na scenie, choć zabrakło energii, która idealnie pasuje do utworów granych przez Django Django. To ostatni, lecz znaczący mankament koncertu. Może z czasem zdobędą doświadczenie i będą tak bawić publiczność, jak to robią na swoim krążku.

Kolejny cel: Hangar 5 Stage, gdzie już I Heart Sharks na dobre rozruszali koncertowiczów. Wiele powiedzieć nie mogę, ale widziałam, że wszyscy bawili się wyśmienicie i nie chcieli, by grupa schodziła ze sceny. Załapałam się również na wspólne kucanie ze skokiem. Z tego, co widziałam, to przyjemnością wybiorę się na tę angielsko-niemiecką formację w przyszłości.

Zostałam, by posłuchać WhoMadeWho – duńskiego trio znanego ze świetnych występów na żywo. Wiedziałam, że będzie co najmniej dobrze, patrząc na spory entuzjazm ze strony niemieckich fanów. Za każdym razem gdy Tomas Hoffding wchodził ustawiać sprzęt, kilka rzędów reagowało dużym entuzjazmem. Co się stało, kiedy nadeszła godzina grania? Szaleństwo! Trzech elegancko ubranych mężczyzn wzięli się za swój instrument, dając takiego ognia, że nawet przy dużo spokojniejszych kawałkach wszyscy wariowali. Tańczyliśmy według ruchów świateł w rytm dyktowany przez wokalistę. Było „TV Friend“, „Space For Rent“ no i oczywiście ostatnie hity – „The Sun“ oraz „Inside World“ (w tym ciągłe podśpiewywanie „It’s not a problem...“). Ciekawa umiejętność Tomasa Barforda w postaci grania na gitarze przy pomocy kieliszka także bawiła festiwalowiczów. Zespół chętnie do nas schodził, dołączając do zabawy oraz pozwalając fanom rozpinać swoje koszule. Zagrane na bisie zmysłowe „Satisfaction“ autorstwa Benny Benassi genialnie skończyło imprezę. To był jeden z mocniejszych akcentów tegorocznej edycji Berlin Festival, ale nie oszukujmy się – do tego przyczyniła się w dużym stopniu publika. Mam nadzieję, że wiecie o grudniowym koncercie tejże grupy u nas. Jeśli chcecie dobrze spędzić ten chłodny miesiąc, nie może was na nich zabraknąć! Dalej nie wierzycie? Spytajcie jednego z niemieckich ochroniarzy, który wskoczył za barierkę i dołączył do skakania, czy się dobrze bawił.


Tym razem nie odpuściłam i wreszcie miałam okazję zobaczyć Friendly Fires. Człowiek się nawet nie spostrzegł, a tu na scenę wybiegło trio wraz z resztą zespołu. Wtedy dotarło do mnie, co straciłam na Open’erze – kwintesencję energii i spontaniczności. Brytyjczycy tak roznieśli tę niewielką scenę, przenosząc nas do ciepłych Hawajów. I te ruchy Eda Macfarlane! Tak bujać biodrami potrafi tylko on. Problem z nagłośnieniem zdawał się aż bardzo nie wadzić, bo chłopcy fenomenalnie się spisali na żywo. Setlistę rozłożono równomiernie, zatem na niedobór hitów nie narzekano. Takiego właśnie wariactwa oczekuje się od zespołu z tak żywymi piosenkami. Nic dodać nic ująć – kto widział, ten wie. Kto nie miał okazji, niech prędko zobaczy, jak wygląda prawdziwa zabawa. A słysząc „Live Those Days Tonight“, poczułam, że lato trwa w najlepsze.



Możecie mnie skarcić za to, że zamiast na iamamiwhoami poszłam na Franz Ferdinand. Musicie zrozumieć jedno – po tak dobrym występie na Open’erze nikt nie odmówiłby zobaczenia ich ponownie. Duży plus od początku show – Alex Kapranos pozbył się rozpraszającego wąsa, więc wszyscy mogli skupić się na całym występie. Szkocka grupa jak zwykle w świetnej formie porwała całą masę ludzi. Od „The Dark Of The Matinee“ do końcowego „Outsiders“ było genialnie. Szkoda, że chłopcom dano jedynie godzinę grania, czego skutkiem był brak bisu i przedłużenie „This Fire“ tylko do pięciu minut. Standardowo muzycy grali na jednej perkusji, lecz do publiczności nie zeszli. Tak czy inaczej Franz Ferdinand to pierwsza klasa, a przy każdej możliwej okazji należy ich zobaczyć. Teraz czekamy na nowe wydanie. Jeśli będzie tak dobre, jak ich granie na żywo, nie mamy się o co martwić.



Ostatnim koncertem na terenie portu Berlin-Tempelhof dla mnie okazał się The Soundtrack Of Our Lives. Powód, dla którego się na nich wybrałam był prosty – to jedna z ostatnich możliwości, by zobaczyć tę szwedzką formację na żywo. Nigdy nie słuchałam ich namiętnie, ale warto czasem poskakać do typowych rockowych brzmień nawiązujących do lat sześćdziesiątych. W pierwszym rzędzie znalazło się dwóch wiernych fanów grupy, których członkowie samego TSOOL poznali ze sceny. Nie wiem, czy wszyscy ci, co przyszli byli zmęczeni, czy nie mieli co robić, bo wyrażenie „było drętwo“ to za mało powiedziane. Muzycy natomiast starali się, choć na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że ekscytacja z bycia w zespole już przeszła, stając się codziennością. Jedynie w Martinie Hederos i Fredriku Sandsten czuło się bijącą pasję. Muzycznie – bardzo dobrze. Niestety gdy występ się na dobre rozkręcił, techniczni zza kulis kazali już kończyć, gdyż wykorzystano ustaloną godzinę. Zarówno dla grupy jak i publiczności była to przykra wiadomość. Zakończyli z klasą i za to im jestem wdzięczna.



O zdążeniu na KRSN nie było mowy. Na szczęście z pomocą przybyli Mostly Robot tworzący dość specyficzną kombinację. To projekt stworzony przez szóstkę światowych DJ-ów (w skład wchodzą: Tim Exile, DJ Shiftee, Jamie Lidell, Jeremy Ellis oraz Pfadfinderei) nazywających siebie „boybandem z przyszłości“. Niektórzy twierdzą, że to tylko nic nieznacząca formacja będąca tylko maszynką do zarabiania pieniędzy. Osobiście czułam się znakomicie. Każdy z powyższych producentów jest znany z różnych dziedzin, jeśli chodzi didżejowanie (a o głosie Lidella to już nie wspomnę). Mieszanka tych wszystkich zalet tworzy genialne warunki to bawienia się w klubie. Co z tego, jeśli robią to wyłącznie dla zysku, jeśli ludzie się dobrze bawią? Ja tego kwestionować nie zamierzam.


Nadszedł czas na niemiecki oraz prawdopodobnie najpotężniejszy akcent Club Xberg (a może i całego Berlin Festival). Tak, chodzi mi o Modeselektor. Od szesnastu lat duet pozostaje mistrzem w dziedzinie electro house. „Monkeytown“ na żywo – mistrzostwo. Efekty świetlne robiły ogromne wrażenie. Nie dało się nie tańczyć bez machania rękami we wszystkie strony świata. Muzycy zabawiali publiczność, chętnie dołączając do szalejących festiwalowiczów. Standardowo część ludzi złapała firmowe ręczniki grupy. Pomimo późnej pory nie czuło się zmęczenia tylko... szampan, którym wszyscy zostaliśmy spryskani. Dwa słowa: WIKSA ŻYCIA. Może i mnie ponosi, ale tylko w ten sposób przedstawię choć część tego, co tam się wyprawiało. Justice? Jakie Justice? Tamtej nocy to Modeselektor wymiótł wszystko dookoła!



Po tym, co przeżyliśmy Orlando Higginbottom miał nie lada wyzwanie, by to przebić. Pozytywne wrażenia z Selector Festival wciąż tkwiły w mej pamięci. Niestety nie była to dobra noc dla Totally Enormous Extinct Dinosaurs, gdyż sprzęt odmawiał posłuszeństwa. W rezultacie koncert rozpoczął się prawie pół godziny później, a co za tym idzie, znacząco skrócono listę zagranych utworów. Brytyjczyk wyszedł w połyskującym stroju torreadora, rozpoczynając set od „Panpipes“. Nie zabrakło uroczej Lulu śpiewającej przy „Garden“ oraz dwóch tancerek, tym razem w nieco innych strojach. W pewnych chwilach mikrofon odmawiał posłuszeństwa, co drażniło Orlando, ale bawiącym się zdawało się to nie przeszkadzać. „Trouble“ nie jest albumem roku, ale w warunkach klubowych sprawdza się perfekcyjnie. Było kolorowo i uroczo, ale zabrakło czegoś, co skradło serce festiwalowiczów na Selectorze.



Występem TEED zakończyłam swoją przygodę z Berlin Festival 2012. Wróciłam z obolałymi stopami od tańca, ale bez siniaków. Czemu? Praktycznie ani razu nie czułam napierania innych ludzi. Atmosfera niemieckiej imprezy o wiele różni się od tej Polsce. Tam jest zdecydowanie spokojniej, a z całej ilości występów naliczyłam się tylko dwóch (nieudanych) croud surfingów. Z drugiej strony nagłośnienie w stolicy Niemiec było o wiele lepsze, zatem mam nadzieję, że w przyszłości tutejsza sytuacja poprawi się. Odległość scen stanowiła również dużą zaletę. Nikt nie miał problemów z dostaniem się na dowolny występ i staniem w wygodnym miejscu. Zbytnie trzymanie się planu, co prawda, jest istotnym punktem, ale na tym ucierpieli fani. Przykre, że TSOOL nie dali rady się nagrać na tyle, ile chcieli, a TEED skrócił swój występ. Nie spodziewajcie się spontaniczności na takim festiwalu. Publiczność polska i niemiecka = dwa różne światy. Z pewnością formacje, które nas odwiedzą w przyszłości spotkają się z większym entuzjazmem niż w Berlinie.

Nie mniej jednak niesamowitym przeżyciem było uczestnictwo w tej imprezie. Nie żałuję ani chwili spędzonej na terenie Berlin-Tempelhof czy Club Xberg. Organizacja, zespoły i inne atrakcje sprawdziły się jako świetna całość „imprezy żegnająca lato“. Zastanówcie się za rok, czy by nie wybrać się do Niemiec, by bawić się od rana do wieczora przy dźwiękach najlepszych elektronicznych zespołów. Nie pożałujecie.

Miz

Junior Boys [12.09.2012; Warszawa]

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że Jeremy Greenspan i Matt Didemus tak upodobali sobie nasz kraj, bo w zasadzie odwiedzają nas każdego roku. Na dwie godziny przed ich koncertem w Warszawie lało niemiłosiernie. Jednak w niczym nie przeszkodziło to fanom kanadyjskiego duetu, którzy licznie zgromadzili się w klubie 1500m2.
Ale najpierw rozgrzewka, którą zapewnili dwaj polscy DJ-e, znani jako AM Radio. Puszczali fajną beatową elektronikę, zahaczającą o klimaty bliskie Junior Boys. Dało się wyłapać kilka kawałków Kamp!, Hot Chip czy nawet samych JB. Leciały przeważnie zremiksowane, bardziej taneczne wersje utworów tychże artystów, co zdecydowanie się sprawdziło, bo wydawało się, że publiczność dobrze bawi się przy takich dźwiękach.
Ale to był zaledwie przedsmak przed tym, co miało się dopiero wydarzyć. Dwóch panów wraz z wspomagającym ich perkusistą weszło na scenę z małym opóźnieniem. Set zaczęli od tytułowego kawałka z drugiej płyty, czyli od "So This Is Goodbye". Świetne wykonanie zostało nagrodzone aplauzem przez zgromadzonych w klubie, a to był dopiero początek (a nie pożegnanie jak sugeruje tytuł). Gdy ze sceny padły słowa, że poleci kawałek z Last Exit dopiero zrobiła się wrzawa. Chłopaki zaprezentowali znakomitą "Bellonę" i to z taką elegancją, że trudno było się nią nie zachwycić. Wydawało mi się, że przełożenie kawałków z debiut Kanadyjczyków (sławiącego się bardzo powyginaną, poszatkowaną i geometryczną strukturą beatów) na język występów live jest niemal niemożliwe. A tu pozytywne zaskoczenie, bo nie myślałem, że tak im to wyjdzie. Ale tego wieczoru było jeszcze wiele atrakcji.
Zaraz po "Bellonie" wystartowały utwory z najnowszego longplaya Kanadyjczyków, It's All True. W prawdzie w "Itchy Fingers" zabrakło świetnego, orientalnego mostka, ale i tak piosenka została odegrana po mistrzowsku. Zapytacie jak wypadło "You'll Improve Me"? Równie świetnie, nie ma przecież innej opcji. Ale zdecydowanie najciekawszym momentem, patrząc oczywiście z mojej perspektywy, było zaprezentowanie zupełnie nowej, świeżutkiej kompozycji. Zaletą poznawania nowej muzyki na koncertach jest to, że nie ma się czasu na zimne, analityczne rozważania, takie które mają miejsce, gdy zespól udostępnia do odsłuchu plik mp3 z nowy utworem. Wtedy można na spokojnie usiąść w wygodnym fotelu i dokładnie wsłuchać się w dźwięki dochodzące z odtwarzacza. Na koncercie nie ma czasu na takie rzeczy. Po prostu słuchamy danego utworu, którego wrażenie potęgują emocje i atmosfera w klubie. Dlatego też nowy track, "Don't You Know Anything" spodobał mi się od razu. Oparty na tanecznym beacie kawałek świetnie wpasował się w pozostałe piosenki duetu. Najlepiej świadczy o nim to, że wciąż mam w głowie motyw wiodący, który w połączeniu ze smutnym tekstem, jak to zwykle bywa w przypadku Jeremy'ego, ma szansę stać się kolejnym znakomitym singlem kanadyjskiego duetu. Ponoć premiera w 2013 roku, a może wraz z nią dostaniemy kolejny, piąty już album Junior Boys? Zobaczymy.
Końcowe akordy gigu ponownie wypełniły piosenki z płyty "So This Is Goodbye". Usłyszeliśmy "Double Shadow" i jeden z największych hitów – "In The Morning", na który oczywiście publiczność zareagowała wrzawą. Po tych dwóch mocnych punktach przyszedł czas na ostatni w setliście, pochodzący z Begone Dull Care kawałek "Work". Masywne, pulsujące i pełne energii brzmienie synthów w połączeniu ze spokojnym wokalem Jeremy'ego było zdecydowanie jednym z najjaśniejszych punktów występu, zresztą było to widać po reakcjach publiczności.
Został już tylko jeden utwór do odegrania i nikt nie miał wątpliwości jaki. Zatem na bis usłyszeliśmy epicką suitę "Banana Ripple", przy której wszyscy skakali, tańczyli i po prostu świetnie się bawili. Podobnie zresztą jak na całym koncercie, który trzeba uznać za znakomity. Szkoda tylko, że tak krótko trwał, ale takie są reguły gry i nic się na to nie poradzi. Mam nadzieję, że za rok Junior Boys znowu do nas wpadną i po raz kolejny dadzą równie wymiatający koncert jak ten, który zagrali w Warszawskim klubie 1500m2.

Tomek

Berlin Festival 2012 – część I [07.09.12]

Lato dobiegło końca, a wraz z nim sezon festiwalowy. Trzeba pożegnać się na kilka miesięcy ze skakaniem pod sceną przy ulubionych wykonawcach podczas (prawie zawsze) słonecznej pogody. Żeby jednak nie było tak depresyjnie i jesienią agencje organizują różnego rodzaje koncerty na równie dobrym poziomie, co te odbywające się latem. Poznajmy się zatem bliżej z Berlin Festival – wydarzeniem będącym organizowanym w ramach pożegnania się z najcieplejszą porą roku. Event niezaliczany jeszcze do gigantów festiwalowych takich jak Glastonbury, Primavera Sound czy Open’er. Nie zmienia to faktu, że jego line-up przedstawia się równie imponująco, gdyż możemy odnaleźć w nim znane nazwy ze sceny przede wszystkim elektronicznej, ale również rockowej, popowej czy indie-folkowej. Zapraszam do przeczytania relacji, w której dowiecie, dlaczego za rok powinniście udać się do stolicy Niemiec, by być częścią tego wielkiego przedsięwzięcia.

Zacznijmy od miejsca. Festiwal składał się z dwóch części – pierwsza na terenie portu lotniczego Berlon-Tempelhof, gdzie festiwalowicze mogli korzystać z atrakcji do północy, by później udać się do Club Xberg, którym do rana tańczyło się do rytmów muzyki klubowej. W związku z miejscem odbywania się występów, motywem przewodnim Berlin Festival było lotnictwo – witający, sprawdzający bilety i ochrona wyglądali jak załoga samolotowa. Na mnie to wywarło ogromne wrażenie, gdyż cały czas przez myśli przechodziło zdanie: „Ale to fajnie wygląda!“.

Zaletą takich przedsięwzięć jest nie tylko strona muzyczna, ale też inne atrakcje, a w tym stoiska artystyczne, zabawowe (m.in. samochodziki i symulatory dźwiękowe) oraz gastronomiczne. Tu mieliśmy szeroki wybór kuchni ze wszystkich stron świata.

Zajmijmy się jednak muzyką, bo o nią tu przede wszystkim chodzi. Zdecydowanie największym plusem Berlin-Tempelhof był fakt, że sceny na tym terenie nie oddalono o niewiadomo jaką ilość kilometrów. Bez problemów udawało się dostać spod Mainstage do Hangar 5 Stage i nie przegapić żadnej części występu. Wyprzedzę wątpliwości związane z nachodzącym się dźwiękiem – pomimo tego, że druga scena znajdowała się praktycznie za rogiem pierwszej, odbywające się występy nie przeszkadzały sobie wzajemnie. Można? Jak widać jak najbardziej.

Piątek otworzył koncert islandzkiej i jednej z najpopularniejszych grup w tym roku. Mówię tu o Of Monsters And Men, którzy swoją twórczością przyciągnęli niemałą ilość koncertowiczów. Punktualnie o 15:00 wyszło 7 muzyków zaczynających od „Dirty Paws“. OMAM nie należą do grup szalejących na scenie. Ich cel stanowi opowiadanie tajemniczych historii oprawionych w chwytliwe melodie. „My Head Is An Animal“ prześlicznie brzmiał na żywo. Świetnym było podśpiewywanie z formacją charakterystycznych „la la la“ oraz tańczenie do ich żywych utworów. Słoneczna pogoda również pomogła stworzyć świetny nastrój. Niestety bierność publiczności sprawiła, że występ przypominał czasem słuchanie gitarowych piosenek przy ognisku. Nie pomogło nawet zachęcanie do śpiewania przez Nanna Hilmarsdóttir podczas „Mountain Sound“. Ludzie obudzili się dopiero przy końcowym „Little Talks“. Nie zmienia to jednak faktu, że usłyszenie tego zespołu należał do jednego z najprzyjemniejszych momentów festiwalu. Choć formacja nie planuje na razie przyjazdu do Polski, fani miłych dla ucha zespołów niech wpiszą sobie gdzieś koncert grupy z Garður do przyszłych planów.


Po skończonym występie udałam się do Hangar 5 Stage, by zobaczyć brytyjską grupę – Clock Opera. Niewielka scena idealnie nadała się dla grającej czwórki. Ich twórczość znana jest przede wszystkim z surowych, acz nastrojowych piosenek, których najważniejszym elementem jest wokal Guya Connelly współgrający z dźwiękami syntezatora. W tym występie było coś urzekającego, gdzie można było zamknąć oczy i poczuć się jak w zamkniętym ciemnym pokoju. Zespół ten dał nam dawkę porządnej elektroniki, przy której dało się skakać, ale też odprężyć. Pomimo tego, że nie był to najlepszy koncert festiwalu, to nie mogłabym go sobie wyobrazić bez tego kwartetu. „Ways To Forget“ świetnie by się sprawdziło na deskach Selector Festival.


Po występie Brytyjczyków zostałam przy tej samej scenie, by posłuchać Friends. Nie powiem, ale „Manifest!“ dał mi duże oczekiwania, jeśli chodzi o ich koncert na żywo. Rezultat jednak nie okazał się powalający. Co prawda charyzma Samanthy Urbani potrafi zachęcić publiczność do tańca, a całość stworzyła fajny nowojorski klimat. Wszystko miało w sobie coś z amerykańskiej wersji The Ting Tings. Wokalistka chętnie schodziła i tańczyła w rzucającą confetti publiczność, a zespół okazał się być sympatyczny. Niestety jeśli chodzi samo show, to więcej niż „okej“ nie potrafię powiedzieć.



Za następny cel obrałam sobie Hangar 4 Zippo Encore Stage, na którym wystąpić miała urocza, a przy tym kontrowersyjna Kate Nash. Latem dziewczyna udała się do Stanów Zjednoczonych, by odpocząć od/zaszaleć po smutnej Wielkiej Brytanii. W rezultacie dostaliśmy aż 10 nowych piosenek, w których wokalistka podkreśla swój feminizm i niezależność. Zapomnijcie o tej rudej uroczej dziewczynie, którą mieliście okazję ujrzeć na Open’erze rok temu. Angielka rzuciła gitarę akustyczną w kąt na rzecz basu. Trzeba przyznać, że jej mocniejsze oblicze to naprawdę ciekawa zmiana. Bo ile można słuchać naiwnych piosenek, w których czasem przewinie się słowo „fuck“? Mimo że nie wszystkim przypadł nowy styl Brytyjki, Kate zdaje się świetnie czuć sama ze sobą, czego dowodem było „Understimate The Girl“ nagrane w niespełne 24 godziny. Z wcześniejszych wydań zaprezentowano tylko: „Kiss That Grrrl“, „Take Me To A Higher Plane“, „Founations“ oraz „Do-Wah-Doo“, natomiast kochane „Mouthwash“ zastąpiono „Death Proof“. Nie bez powodu artystce podczas trasy towarzyszą same kobiety, bo to płeć piękna stanowi jej siłę. Końcówka występu nie obyła się bez wycieczki przez tłum, który entuzjastycznie tańczył z panną Nash. Co jak co, ale dziewczyna się rozwija i nawet z tą zadziornością nie można jej odmówić talentu oraz uroku.

Tu również chciałam zostać, by przekonać się, co do zaoferowania ma Grimes. O około 19:30 wyszła zakapturzona postać w kolorowych legginsach i trampach na podwyższeniu. Zaczęto standardowo od „Symphonia IX (My Wait Is You)“. „Genesis“, „Oblivion“ oraz „Be A Body“ wzbudziły spory entuzjazm u zgromadzonych. Claire Boucher to chyba najbardziej urocza istota chodząca po tej ziemi umiejętnie operująca swoim głosem. Skakaniu nie było końca, a koncert wzbogaciło trzech tancerzy z światełkami. Do samej zabawy dołączyli nawet Friends, który początkowo bawili się między sceną a barierką, by na ostatnim utworze wskoczyć na scenę… topless. Niestety całość psuło nagłośnienie i natężenie basu, który do końca pierwszego dnia festiwalu dudnił w uszach.



Po występie Kanadyjki na Mainstage zagrała największa gwiazda tegorocznej edycji – Sigur Rós. Wcześniej nie udało mi być częścią ich show, stąd nie mogłam się do niczego odnieść. Wiedziałam tylko, że ich twórczość jest nadzwyczajna i nie da się jej porównać do niczego innego. Grupa świetnie potrafi połączyć elementy muzyki rockowej i klasycznej. Nie każdemu jednak przypadło do gustu ich wystąpienie, które skupiało się przede wszystkim na oprawie muzycznej. Sama miałam mieszane uczucia w trakcie grania. Były chwile, gdzie nie mogłam powstrzymać wzruszenia (m.in. przy „Sæglópur”), ale też te niemrawe, podczas którym miałam ochotę się stamtąd wydostać (np. kiedy grano „Glósolí”). Nagłośnienie momentami drażniło, a deszcz, choć w pewnym sensie tworzył klimat, nie napawał nas entuzjazmem. Zazdrościłam osobom, które wzięły ze sobą krzesła i cieszyły się koncertem, bo ciągłe stanie w mocnym ścisku nie należy do przyjemności. Ostatecznie cieszę się, że zobaczyłam tę islandzką formację, bo jest w nich coś magicznego. Czy jednak będę miała ochotę się na nich ponownie wybrać? Nie jestem pewna.

Na koncercie The Killers z początku zostałam dla sentymentu, ale też chciałam się przekonać, czy naprawdę zasłużyli na tę otoczkę wokół siebie. Swoim występem pokazali, że zdecydowanie nie bez powodu zaszli tak daleko. Oczywiście jak na taki światowy zespół i oprawa sceniczna musi wywierać wrażenie. Duży telebim oraz charakterystyczne pioruny napawały żeńską część publiczności nie lada entuzjazmem. Zatem nietrudno zgadnąć, jak zaregowano, gdy scenę wyszli muzycy. Zaczęto od świeżutkiego „Runaways“ sprawiające, że koncert stał się poważniejszy. Brandon Flowers był w świetnej formie, a jego mocny głos to rzecz warta usłyszenia na żywo. Formacja zagrała wszystkie hity, na które czekała publiczność. Repertuar z „Hot Fuss“ był, jak dla mnie, najmocniejszym punktem show. Nawet nielubiane przeze mnie „Human“ okazało się więcej niż znośne. Tak naprawdę każdy utwór zmuszał do śpiewania i tańca, więc Amerykanie zapewnili świetną półtoragodzinną zabawę. Odegrali także dwa covery – zaprezentowane w Krakowie „Shadowplay“ Joy Division oraz „Forever Young“ niemieckiej grupy Alphaville. Nie zabrakło fajerwerek oraz filmików przenoszących do amerykańskich klimatów. Świetny koncert, świetna publika, czyli pełen profesjonalizm.



Jeśli chodzi o Berlin-Teplelhof, o północy skończyły grać wszystkie zespoły. Ci, którzy mieli wstęp do Club Xberg byli transportowani przez specjalne autobusy. Niestety kolejka do nich była ogromna, a przedostanie się z jednego miejsca do drugiego zajmowało dość sporo czasu. W moim przypadku dotarłam dopiero na Metronomy na dobre rozkręcających imprezę. Szybko jednak wczułam się w rytm. Ten brytyjski zespół zalicza się do tych, które za każdym razem są tak samo wyjątkowe na żywo i cokolwiek by nie zagrali, to publiczność będzie zadowolona. Setlista w związku z krótkim czasem została skrócona oraz kwartet nie wyszedł na bis. Warto było jednak znów posłuchać genialnego repertuaru z „The English Riviera“ zwłaszcza, że był to ostatni koncert grupy przed długą przerwą. Joseph Mount wielokrotnie powtarzał, że w każdej chwili któryś z członków może się wzruszyć. Występ „uświetniły“ zapalniczki zgromadzonych, o które zespół prosił podczas zgaszenia świateł. Było to też zakończenie mojego pierwszego dnia z Berlin Festival, gdyż nogi odmawiały posłuszeństwa. Ale i tak do pokoju wróciłam pełna euforii i z trudem potrafiłam pogodzić ekscytację ze zmęczeniem.

Co jednak mogę powiedzieć? Pierwszy dzień zaliczam do niezwykle udanych. Niemcy świetnie spisali się organizacyjnie oraz muzycznie. Tym bardziej nie mogłam się doczekać drugiego dnia festiwalu. O tym, jak wypadła sobota, dowiecie się w drugiej części.

Miz

Japandroids [Warszawa; 01.09.12]

Okres, w którym dominowały zespoły reprezentujące garage rock już przeminął. Na szczęście rynek muzyczny wciąż jest bogaty w grupy grające proste surowe brzmienia, czego dowodem są właśnie ci chłopcy z Kanady. Nie byłam na ich koncercie dwa lata temu, zatem tym bardziej ciekawiło mnie, jak ten duet wypadnie.
Koncert odbył się w Hydrozagadce – niewielkim klubie z niewysoką sceną bez barierek oddalających publiczność. Dla formacji takiej jak Japandroids nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego miejsca. To dzięki małym miejscom fani mogą poczuć naprawdę bliską relację z artystami. Kanadyjczycy nie od dziś podkreślają, że zależy im, by „ludzie poczuli, że uczestniczą w czymś wyjątkowym“.
Pierwszego września ani pogoda, ani nastoje nie należały do najlepszych. Tym bardziej irytował fakt, że występ przesunięto z powodu spóźnienia supportu. Po wpuszczeniu czekających do budynku nikt nawet nie zauważył kręcących się wokół członków zespołów (tak, zarówno rozgrzewających Be Forest jak i głównej gwiazdy). Mniej więcej przed godziną 21:00 na deski weszło trio z Włoch, których dream popowe brzmienie umiliło publiczności oczekiwanie na twórców hitu „Fire’s Highway“. Jeśli jesteście fanami brzmień DIIV czy Swim Deep, koniecznie zapoznajcie się z dorobkiem muzyków z Pesaro. Ich melancholijne piosenki idealnie wpasowały się nastrój klubu, a ludzie nie mogli przestać kołysać się do rytmu.

Po zejściu supportu nadszedł czas na duet z Kanady. Gdy Brian King i David Prowse weszli na scenę, atmosfera od razu się ożywiła. Publika zaczęła wykrzykiwać polskim slangiem, co najwyraźniej bawiło duet. Nie jestem w stanie stwierdzić, kto był bardziej podekscytowany: my czy występujący, którzy od razu przeszli do rzeczy.
Mówiąc „do rzeczy“, mam na myśli granie tak, by nasze bębenki uszne wysadzono w powietrze, a pomogło w tym „The Boys Are Leaving Town“ poprzedzone przemową Kinga o tym, jak świetnie jest dla nich znów zagrać u nas. Powiedzenie: „ludzie oszaleli“ nie odda nastroju tego, co tam się działo. Męska część zgromadzonych masowo wchodziła na scenę, by następnie rzucić się na crowdsurfing. Pierwszy rząd miał nie lada trudność, by nie upaść na sprzęt grupy.

Nie zabrakło debiutanckich kawałków, ale to „Celebration Rock“ świeciło triumfy. „Adrenaline Nightshift“, „Younger Us“ czy „Evil’s Sway“ to tylko niektóre utwory, które rozniosły salę koncertową. Album stanowi jedynie garstkę tego, co chłopcy prezentują na żywo. Pomimo upływu lat, ci dwaj dalej reprezentują najważniejsze elementy noisce rocka – wigor, bezpośredniość oraz dobrą zabawę. Znani ze swojego luźnego podejścia do projektu (co więcej, swoich relacji), Brian i David świetnie się ze sobą czują na scenie, a każdy, nawet nieplanowany ruch jednego, spotyka się z aprobatą drugiego. Chwilowy problem techniczny nie przeszkodził w cieszeniu się widowiskiem.
Jeśli chodzi o kontakt z publicznością, to Japandroids wywiązali się na piątkę z plusem. Czuć było, że formacja inaczej traktuje ludzi, dla których konkretnie gra. Nie faworyzuje, nie zaniedbuje, ale nie można zarzucić im schematycznego zachowania na scenie. Wielokrotnie dziękowali za przyjście i ciepłe przyjęcie, a o poznańskim koncercie oraz prezencie od polskich fanów w postaci przypinki King wspomniał wiele razy.

W trakcie występu pewna dziewczyna pokazała Davidowi Prowse wiadomość, w której prosi ich o zagranie „I Quit Girls“. Perkusista podszedł do wokalisty, pytając się, czy dadzą radę zaprezentować owy utwór. Po ponad godzinie grania zespół zrobił coś, co pozwoliło poczuć się warszawskiej publice naprawdę wyjątkowo. Frontman powiedział, że kawałek zamykający „Post-Nothing“ wymaga specjalnej gitary i nie śpiewali go od sześciu miesięcy. Dla nas jednak zrobili wyjątek. Dali sobie chwilę na przypomnienie numeru, by później znów pokazać, dlaczego fani Japandroids tak bardzo kochają tę piosenkę. To był jeden z najbardziej uroczych momentów show, a wcześniej wspomniana przeze mnie dziewczyna nie mogła powstrzymać swojego wzruszenia.
Porządny półtoragodzinny set zamknęło „the best song Japandroids‘ve got“ – „For The Love Of Ivy“. Tej bomby energii nie da się opisać. Kanadyjczycy przenieśli nas do punkowych czasów, w których szalano tak, jakby świat miał się jutro skończyć. Wyszliśmy spoceni, posiniaczeni i kompletnie zmiażdżeni. Kit z rozwalającym się nagłośnieniem! Chcieliśmy się bawić, a Japandroids nie mogli bardziej rozruszać zgromadzonych. Jeśli o mnie chodzi, to lepiej tego września nie mogłam rozpocząć.

Miz

Coke Live Music Festival 2012: relacja

Jak nastawieni byliśmy do tegorocznego Coke Live Music Festival, mogliście przeczytać w notkach poprzedzających to wydarzenie. Tym samym, bez zbędnych ceregieli przenieśmy się do Krakowa, gdzie przez ostatni weekend bawili się Michał i Natalia. 

Festiwal rozpoczął się koncertem Kim Nowak, rockowego projektu braci Waglewskich znanych jako Fish i Emade. Ich muzyka pełna jest gitarowego brudu i zgiełku. Mimo że brzmienie Kim Nowak nawet mi się podobało, nie wygrało jednak z padającym coraz bardziej deszczem, dlatego udałem się pod Coke Stage gdzie swój koncert grała kapela Fair Weather Friends. Założony w zeszłym roku zespół tworzy muzykę z pogranicza indie rocka i elektro popu. Pojawiliśmy się pod małą sceną gdy grali utwór "Fortune Player", który został użyty w spocie promującym tą edycję Coke Live. Dźwięki generowane przez zespół były naprawdę przyjemne, jednak ogólne wrażenie psuł wokalista z głosem zbliżonym nieco do Caleba Followilla, który miejscami po prostu irytował swoim sposobem śpiewania. (Michał)

Line-up obfitował w wykonawców ze stolicy Wielkiej Brytanii. Już w sobotę, która moim zdaniem wyglądała dość słabo na papierze, zaczynaliśmy naszą zagraniczną przygodę z Coke Live Music Festival od odwiedzin w Londynie, gdzie zabrali nas Mystery Jets. Ten doświadczony już, aczkolwiek wciąż mający w sobie wiele młodości zespół promował w Polsce swój najnowszy album, wydany w kwietniu "Radlands". Nie zabrakło jednak utworów z przeszłości grupy, chociażby "Young Love", "Half in Love With Elizabeth" czy "Dreaming of Another World". Ponadto mogliśmy usłyszeć zmagania wokalisty i gitarzysty, Blaine'a Harrisona z językiem polskim. Całość koncertu stała na wysokim poziomie i trzeba przyznać, że Mystery Jest ze swoją indie stylistyką spisali się znakomicie jako pierwszy zagraniczny zespół otwierający Coke Live Music Festival. (Natalia)

Koncert The Roots to najmilsze zaskoczenie festiwalu. O 21 zjawiłem się pod główną sceną bez żadnych oczekiwań czy nadziei, a po ponad półtorej godzinnym występie byłem zachwycony. Muzyka The Roots to hip-hop o wielu barwach, tak wielu, że miejscami mogliśmy mieć wątpliwość, czy jesteśmy na koncercie hip-hopowym. Była to jedna wielka wycieczka po gatunkach, od rocka, przez soul, jazz, blues i na funky kończąc. W swój występ wpletli nawet cover Guns'n'Roses i bardzo długie i imponujące popisy perkusyjne. Swój występ na CLMF poświęcili zmarłemu niedawno Adamowi Yauchowi z Beastie Boys. Nie ma ani odrobiny kłamstwa w opiniach mówiących, że The Roots to jeden z najlepszych hip-hopowych składów na żywo. Bardzo się cieszę, że udało się ich ściągnąć do Krakowa.
P.S. Zobaczyć bujającego się Mikołaja Ziółkowskiego - bezcenne. (Michał)

Headlinerem pierwszego dnia Coke'a byli The Killers, i choć do ich koncertu byłam nastawiona niezwykle sceptycznie, z każdym kolejnym utworem z zaskoczeniem przyłapywałam samą siebie, że pomimo całego kiczu, którym nacechowany był występ muzyków z USA oraz ich najnowszy muzyczny dorobek, całość zdecydowanie mnie bawi. Wszystko przez doskonałe momenty z "Hot Fuss" i "Sam's Town". Można na nich wrzucać, że "Day & Age" to koszmar, ale tym koncertem potwierdzili, że trochę istotnych piosenek nagrali. Już od samego początku przenieśli nas do Las Vegas, nawet przywieźli ze sobą zastępczy element tamtejszego krajobrazu - ekran wyświetlający charakterystyczne góry, nad którymi widniały chmurki. Zaczęli mocno, od "Somebody Told Me", i jak wspomniałam, to właśnie starszymi utworami koncert The Killers wygrywał na jakości. Wspaniale było usłyszeć "Smile Like You Mean It", moim zdaniem jedną z najlepszych piosenek w ich dyskografii. Publika zdecydowanie ożywiała się jednak na "Spacemen" czy "Human", gdzie przy końcu utworu wszyscy wpadli w pułapkę - fajnie jest sobie śpiewać "are we human or are we dancer" do momentu około 3:30, kiedy między "human" a "or" występuje dłuższa przerwa niż we wcześniejszych wersach refrenu. The Killers zagrali również "Shadowplay", co nieco mnie zdziwiło. Piosenka Joy Division przy akompaniamencie laserów? Wciąż nie wiem, co o tym sądzić. Było "Read My Mind" i "For Reasons Unknown", tak samo jak musiało znaleźć się miejsce dla "Mr. Brightside". Na koniec muzycy zagrali "All These Things I've Done", a występ ponadto został zwieńczony konfetti. I to nie byle jakim - w kształcie literki "k" oraz pioruna. Do teraz ten hymn z pierwszego albumu grupy nie może wynieść się z mojej głowy, a skandowanie "I've got soul but I'm not a soldier" było jednym z naprawdę fajnych momentów. I kiedy wydawało się, że jest już po wszystkim, muzycy zeszli ze sceny, a długie wywoływanie ich na bis nie przynosiło efektów, Las Vegas okazało się łaskawe - w Polsce wybrzmiały jeszcze "From Here On Out", bardzo lubiane przeze mnie "Jenny Was A Friend of Mine" oraz "When You Were Young", którego nie mogło zabraknąć. Aha - oczywiście gdzieś w środku koncertu The Killers zaprezentowali nam "Runaways", czyli utwór zapowiadający ich najnowszy krążek, ale... to nie o to chodziło w tym koncercie. Po nim pozostałam bardzo zadowolona z tego, że Brandon z kolegami wpadli na Coke, nawet jeśli trochę wstyd przyznać mi się przed sobą, że tak, podobało mi się, i nawet odkryłam, że wciąż pamiętam dużo ich tekstów. Było tandetnie, lecz czasem jedyne czego potrzeba na koncertach to dać się porwać. The Killers udało się faktycznie przenieść nas do swojego rodzinnego miasta, z czego mogą być dumni. (Natalia)

Kamp! staje się głównym polskim towarem eksportowym jeżeli chodzi o muzykę elektroniczną. Można ich zobaczyć nie tylko w naszym kraju, lecz także na festiwalach w całej Europie. W zeszłym roku wystąpili nawet na amerykańskim SXSW. Dlatego ich koncert na Coke można uznać za ważne wydarzenie. Ich występ był świetnym zakończeniem pierwszego dnia festiwalu. Zespół zmusił do tańca publiczność, która dosłownie przelała się do namiotu po koncercie headlinerów, a na scenie bawił się równie dobrze co ludzie pod nią. Ich muzyka na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na nagraniach. Najlepszymi momentami koncertu było bardzo dobre „Distance Of The Moderm Hearts” i fantastycznie wykonane „Breaking a Ghost's Heart”. (Michał)

Niedzielny dzień na głównej scenie otworzył zespół Spector. Brytyjska grupa zagrała w Krakowie dokładnie dzień przed wydaniem swojej debiutanckiej płyty „Enjoy it While It Lasts”. Można by pomyśleć, że publiczność nie dopisze, ponieważ nowi ulubieńcy brytyjskiej prasy w Polsce nie sa jeszcze bardzo popularni. Stało się inaczej, ponieważ Spector został bardzo ciepło przyjęty przez krakowską publiczność. Zespół ma na koncie kilka chwytliwych singli z czego najlepiej wypada energetyczne „Chevy Thunder”. Nie ukrywam, że wokalista Frederick Macpherson to postać bardzo przerysowana (poprawianie fryzury grzebieniem to jedno z najdziwniejszych scenicznych zachowań jakie widziałem) i jego image jest trochę irytujący. Nie można mu jednak odmówić charyzmy i umiejętności konferansjerskich. Miał świetny kontakt z publicznością . I co z tego, że to kolejny mało odkrywczy indie zespół. Ich koncert był bardzo udany, szkoda tylko, że trwał niewiele ponad pół godziny. (Michał)

Wiksa życia! Pierwsze słowa jakie nasuwają mi się na myśl o koncercie Crystal Fighters. Występ tego hiszpańsko-brytyjskiego to czysta moc i energia. Już od pierwszych dźwięków wiadomo było, że nie będzie to tyko koncert, ale też świetna impreza. Ich muzyka to mieszanka różnorakich elektronicznych brzmień, od czystego elektro po dubstep z dodatkiem baskijskiego folku. Na żywo brzmią niesamowicie, a wokalista Sebastian Pringle jest wulkanem energii, którą hojnie dzieli się z publicznością. Jeżeli ktoś narzekał na lejący się z nieba deszcz podczas ich koncertu, oznacza to, że nie potrafi się bawić. Złe warunki atmosferyczne okazały się być zbawcze dla pochłoniętego imprezą tłumu. Podczas tego występu znalazłem się w najlepszym możliwym miejscu i dzięki jednej grupce chłopaków miałem najlepszą imprezę w życiu z szalonym pogo na czele, za co im serdecznie dziękuje. Nie jestem w stanie powiedzieć czy lepiej bawiłem się na „I Love London”, „Xtatic Truth” czy może na „Plage” które z chilloutowej piosenki zmieniło się w taneczny banger. Ale czy to ważne? Ważne, że Crystal Fighters dali najlepszy koncert tego festiwalu. (Michał)

Ktoś powie jednak: e tam, gadacie, jaki Londyn. West Coast, to jest to! O 21 czekała nas kolejna podróż, tym razem udajemy się do Kalifornii. Jest zielono, jest błogo, jest Snoop Dogg. I myli się ten, któremu wydaje się, że na jego koncercie pojawiła się sama fullcapowa społeczność - ależ skąd, wokół mnie miałam dorosłych, tzw. "normalnych" obywateli, i to nieważne, że rymowali za Snoopem o paleniu zioła i zajmowaniem się paniami w wiadomy sposób. Snoop jest już teraz swego rodzaju legendą. Może za parę lat będziemy chwalić się dzieciom, że tak, widzieliśmy go. I może jesteśmy jednymi z ostatnich, którzy widzieli Snoop Dogga, nie Snoop Liona, choć "La La La" wybrzmiało w Krakowie. Koncert wypełniony klasykami został uzupełniony o najnowsze, bardziej popowe dokonania tego rapera, jak chociażby "Sweat" nagrane z Davidem Guettą, "California Girls" z Katy Perry czy "Signs" powstałe ze współpracy z Justinem Timberlake'm. Snoop sięgnął także po covery, tym samym usłyszeliśmy jego wersje "P.I.M.P" 50 Centa oraz "I Wanna Fuck You" Akona. Nie wiem, czy ktokolwiek z osób słyszących występ Snoop Dogga dało radę oprzeć się przed bujaniem - mi nie wyszło. Raperowi trzeba oddać - jest prawdziwym zwierzęcem scenicznym, nawet nie jarając zioła na scenie oraz nie występując w asyście osobliwej maskotki i gorących tancerek. Na koniec Snoop zostawił "Drop It Like It's Hot" oraz "Young, Wild & Free", które wyśpiewało kilkanaście tysięcy gardeł zebranych na koncercie. Sam artysta nie szczędził publice komplementów, a ja nigdy nie zrozumiem, dlaczego Snoop Dogg nie został headlinerem Coke'a. Spisałby się na pewno lepiej, niz grający w roli głównej gwiazdy dnia drugiego Placebo. (Natalia)

Ale zanim Placebo, muszę wspomnieć o The Naked and Famous. To by był dopiero koncert! Szkoda, że ich muzykę odtworzono nam jedynie z głośników głównej sceny, ale ile się wybawiłam, to moje. 

Przy okazji Placebo moja miłość do Londynu podupadła. Od zawsze chciałam zobaczyć ich na żywo, bardzo cieszyłam się na ich koncert w ramach Coke Live Music Festival, jednak ich występ wzbudził we mnie jedynie irytację. To fakt, nigdy nie przebijałam się jakoś super przez ich dyskografię, ale ogarniam ją na tyle, że wiem, co chce usłyszeć i raczej się tego spodziewam. Choć teraz bardziej zastanawiam się, czy przez ten cały czas nie podchodziłam do Placebo za łagodnie, i po prostu nie miałam czego usłyszeć. Ale, heh, nie zagrać "Pure Morning"? Skutek tego był taki, że stałam i ziewałam bardziej niż rok temu na Interpolu, choć nie zrozumcie mnie źle, Interpol kocham. Tylko, że Placebo miało problemy z nagłośnieniem: brzmiało to tak, jakby akustycy postawili na głośność, a nie na jakość. Nie wiem, czy komukolwiek z Was wpadło do głowy kucnąć na ich koncercie, mi tak, i właśnie tak przy ziemi wszystko brzmiało o niebo lepiej. Najmocniejszą muzyczną stroną był Brian, jego wokal brzmi super, a jego wymowa na zawsze będzie mi się podobać. Za to pół koncertu miałam ubaw z pani grającej na skrzypcach, co to, koncert Nightwish? Minus za niefajnie zagrane "Meds", przeciągnięte i bez muzyki podczas pierwszej zwrotki, co znacznie odebrało moc oddziaływania tego numeru. Dla mnie cały koncerty wyglądał tak: nudno, "Battle For the Sun" i "Every You Every Me", nudy, "For What It's Worth", nudy, "Bright Lights" i "Meds", nudy, "Dong To Say Goodbye", idziemy, wymiękam. Gdzieś z daleka usłyszałam "Running Up that Hill", niestety "Infra-red" zagrali jako ostatnie, a szkoda, bo może jeszcze coś by to uratowało. Ja byłam już na Coke stage, i szczerze mówiąc, bardzo żałuję, że relacji z Placebo nie mogła napisać dla Was osoba prawdziwie podjarana tym zespołem. Jestem pewna, że byłaby zachwycona. Ale może ja się nie znam. (Natalia)

Azari & III to ostatni występ tegorocznego Coke Live Music Festival, na który czekałam od momentu zakończenia koncertu Crystal Fighters. Już na kilkanaście minut przed występem barierki były obsadzone, a frekwencja okazała się być znacznie większa, niż się spodziewałam. Jednak co się dzieje... jesteś trzecim rzędem, słyszysz pierwsze bity "Reckless (With Your Love)", a komuś przeszkadza, że skaczesz, bo sam za tobą stoi jak gdyby nigdy nic, nie zaszczycając artystów chociażby kulturalnym bujaniem się. Z każdą kolejną chwilą przypadkowi ludzie rezygnowali, więc pod sceną robiło się bardziej energicznie, na tyle, na ile energicznie mogło być o pierwszej w nocy drugiego dnia festiwalu. Azari & III wystąpili u nas w trzyosobowym składzie - jeden producent, dwójka wokalistów, niezwykle oryginalnych nie tylko pod względem głosu, lecz również wyglądu, czarowali nas swoimi kocimi ruchami i energią bijącą od nich samych. Elektronika z rodem z Kanady wymuszała wręcz taniec, nie byłam w stanie mu się oprzeć. I gdy raz, przez chwilę, wyrwałam się z transu i spojrzałam na zegarek, okazało się, że od momentu rozpoczęcia koncertu minęła już prawie godzina, co oznacza, że za chwile pożegnamy się z Azari & III, ale chyba na zawsze pozostaniemy "Hungry for the Power". Niech tylko jeszcze raz przyjadą do Polski, na pewno spotkacie mnie na ich występie. (Natalia)

Coke Live Music Festival był w tym roku festiwalem zaskoczeń. Przecież to Placebo mieli być tym fajniejszym headlinerem, a nie byli. A ja, chłopak skłaniający się bardziej w kierunku gitar bawiłem się świetnie na koncertach hip-hopowych. Możemy narzekać, że nie było Florence, The Black Keys czy Arctic Monkeys, którzy byli tak pożądani w Polsce. Musimy się przyzwyczaić, że Mikołaj Ziółkowski robi swoje festiwale tak jak on chce, a nie tak jak zrobiliby to ludzie. Jednak szef Alter Artu wie co robi, i dlatego siódmą edycję CLMF może dopisać do swojej listy udanych imprez. (Michał)