Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

Kamp! [wywiad]



Trudno uwierzyć, że po wydaniu debiutu uwzględnili Opole w swojej trasie koncertowej. Ale stało się - z Fair Weather Friends w roli supportu - w Narodowym Centrum Polskiej Piosenki 15 lutego zagrali Kamp!. Udało mi się zadać im parę pytań. Znajdziecie je poniżej, oczywiście razem z odpowiedziami. 

Jak było wczoraj w Kwadracie? 
Tomek: Grało nam się o tyle dobrze, że wreszcie nie graliśmy w Krakowie w piwnicy, gdzie jest ścisk, gdzie nas nie widać, nie ma dużo miejsca ani komfortu. Także pierwszy raz graliśmy tam koncert profesjonalny. Było bardzo fajnie. 

Koncertujecie teraz po Polsce, ale byliście kiedyś na SXSW, wracacie tam za niedługo. Jak to jest, przyjeżdżać do Opola, a potem występować na takich wielkich wydarzeniach? 
Tomek: Bardzo doceniamy koncerty w miejscach, w których jeszcze nie graliśmy i tak naprawdę bardzo często nas takie miejsca zaskakują. 
Michał: Zdobywanie nowej publiczności jest zawsze fajne. 
Radek: Mało tego, to jest bardzo fajne, takie przeskakiwanie, że nie gramy tylko koncertów festiwalowych albo tylko koncertów w małych klubach tylko po prostu cały czas są trochę inne bodźce. Nawet w ciągu tych trzech miesięcy graliśmy dwa razy w Krakowie, raz w piwnicy na zupełnie innych zasadach a wczoraj na normalnej scenie, także to jest pozytywne.

Czy czujecie się debiutantami? Gracie od tak długiego czasu, tak długo zajęło wam wydanie tej płyty, ale ciężko tak o was mówić, przecież macie za sobą tyle ważnych koncertów i spore doświadczenie. 
Michał: Ale była jednak trema związana z debiutem płytowym. 
Tomek: I trochę inaczej funkcjonuje się jednak po wydaniu płyty, także to też mieliśmy na uwadze, że pomimo że funkcjonujemy już jakiś czas, to wielu ludzi nie traktuje nas jako super pełnoprawny zespół bo nie mamy tego albumu na koncie, ale czasem możemy się usprawiedliwiać tym, że jesteśmy dopiero debiutantami, a czasem możemy się tym zdołować, tak późno go wydaliśmy. Radek: Ale dobrą drogę przeszliśmy w pewnym sensie i teraz zobaczymy jak kolejny, drugi debiut wypadnie. 

A macie już jakieś piosenki na drugi album? 
Tomek: Nie, szczerze powiemy, że nad tym drugim albumem jeszcze tak naprawdę nie myślimy, ale myślimy o nowym materiale, który na pewno nie przyjdzie w formie długograja w najbliższym czasie. Chcemy wrócić do korzeni. 
Radek: Tak, chcemy znowu wrócić do singli, do EPek, czyli do tego, co na początku sprawiało nam największą frajdę. 
Tomek: I dawało nam wolność stylistyczną. 

Skąd taki pomysł na okładkę? Skąd anturium?
Tomek: Powstało to po wielkich bojach, na pewno wiedzieliśmy, że chcemy mieć na okładce formę trapezu, której staramy się konsekwentnie trzymać i też coś organicznego, żeby to nie był kolejny trapez narysowany linią. Już jak robiliśmy okładkę do "Sulk" wybraliśmy motyw kwiatowy, a potem jeszcze bardziej go odsubtelniliśmy na okładce płyty. 

Myślicie, że jest jeszcze jakaś grupa słuchaczy w Polsce, którą możecie zdobyć dla siebie? Czy to nie jest już tak, że lecicie w Trójce, wszystkie portale o was piszą i jesteście tak bardzo znani, czy jest jeszcze tutaj miejsce, do którego nie dotarliście? 
Michał: Nie wiem, czy chodzi ci geograficznie, bo geograficznie to ciężko powiedzieć, ale jeśli chodzi o mental, to na pewno jest duża grupa ludzi, która potencjalnie mogłaby nas słuchać, ale po prostu nie wie, że istniejemy. 
Tomek: My się cieszymy z tego, że jest tak jak jest i wydaje nam się, że też jakaś wielka ekspansja nam nic dobrego może nie przynieść, a w tym momencie jesteśmy na dużym piku, który jest fajny taki, jaki jest. Radek: Cała sztuka to odpowiednio balansować, żeby nie wpaść tam, gdzie się nie chce. 
Michał: Ale tak, jest na pewno jakaś grupa, do której jeszcze możemy dotrzeć. 
Tomek: Nie czujemy się totalnie spełnieni na tym rynku i nie mamy blazy, że już wszystko co mogliśmy w Polsce osiągnąć to osiągnęliśmy. 

Rozmawiałam z moimi koleżankami na temat tego, że właśnie dzisiaj gracie w Opolu i dwie z nich odpowiedziały mi "łał, serio? Muszę powiedzieć mamie, ma ich płytę". 
Radek: Bardzo lubimy taka sytuację, że docieramy nie tylko do tych najmłodszych słuchaczy, ale też trochę do takich w naszym wieku. Tez się cieszymy, że naszym mamom i ojcom podoba się ta płyta. 

Szczerze mówiąc, muszę wam podziękować. Gdy miałam czternaście lat i poszłam na Selector i byliście pierwszym zespołem, który tam grał pierwszego dnia, wchodziłam na teren festiwalu z rodzicami, bo bali się mnie samą puścić. Poszliśmy na wasz koncert, z którego moi rodzice prędko się ewakuowali. Od tamtej pory nie chodzą ze mną na koncerty. 
Michał: Tak? 
Radek: Nie wiem, czy to dobrze o nas świadczy. 
Tomek: Idealna puenta do tego poprzedniego pytania. 
Radek: Czyli mamy twoich koleżanek słuchają nas, a twoja mama nie słucha nas, w takim razie. 
Tomek: I to jest ten dobry balans. 

W dzień wydania płyty graliście koncert we wrocławskim Eterze. Bardzo stresowaliście się tym, jak ludzie odbiorą muzykę, wcześniej jej nie znając? 
Radek: Nie, mieliśmy inne stresy związane z logistyką. 
Tomek: Na pewno byśmy się stresowali, ale nie mieliśmy czasu tego robić, bo naprawdę dużo się działo, zaczynaliśmy trasę, która się trzeba było logistycznie dobrze zorganizować i to poszło najgorzej, dystrybucja też poszła trochę nie tak jak trzeba i okazało się, że pierwszego dnia nie było tej płyty na półkach tam gdzie chcieliśmy, żeby ona była, także mieliśmy dużo innych stresów. 
Michał: Na pewno był stres na koncercie pierwszym, na którym graliśmy ten nowy materiał, czyli w Warszawie w 1500m2 i tam były emocje takie, że kurcze, będzie nowy materiał i chyba nie aż tak bardzo przejmowaliśmy się tym przyjęciem, ale tym, czy ten nowy set jest dobrze zbudowany, czy napięcie będzie dobrze budowane. Czyli we Wrocławiu nie było już aż tak źle. 
Radek: Ale też była spina. 

Jednym z elementów zawartych przez was na płycie są przejścia między utworami. Są bardzo ładne, subtelne. Skąd pomysł, żeby nadać taką formę debiutowi? 
Radek: Jestem chory psychicznie, nie lubię ciszy i zawsze ktoś musi gadać. Lubimy płyty tak skonstruowane, Cut Copy jest dobrym przykładem takiej płyty, gdzie te przejścia są praktycznie niezauważalne, to jest jeden wielki utwór. 
Tomek: Chcieliśmy podkreślić też to, że jest to całość. że nie traktujemy tego albumu jako zbioru przypadkowych piosenek, tylko że mają one logiczną narrację. 

Czego aktualnie słuchacie? Tak prywatnie, w wolnym czasie? 
Tomek: Dzisiaj ja słucham Miguela. 
Radek: Tak, Miguela dzisiaj słuchaliśmy w samochodzie, który dostał fajną nagrodę i dlatego go słuchamy, oczywiście. Nie, nie wiem, czego ostatnio słuchamy. Tak wszyscy, to chyba Toro y Moi. 
Michał: O, Toro y Moi, tak. 

Rozmawiała: Natalia

Kamp! : facebook / soundcloud

Japandroids [wywiad]

Pamiętacie Japandroids? Jeśli ktokolwiek miał do czynienia z muzyką tej dwójki Kanadyjczyków, z pewnością z trudem o nich zapomni. Ceni się ich przede wszystkim za miłość w tym, co tworzą i serce, które wkładają w występy na żywo. Stale zawyżają sobie poprzeczkę, czego dowodem jest świetny drugi album skupiający w sobie wszystkie elementy dobrego garage rock. Nie oczekuje się na ich koncertach fajerwerków, masowej ochrony czy kilometrowej odległości od sceny. Temu duetowi wystarczają dwa instrumenty oraz świetnie nastawiona publiczność. Energia wydobywająca się z tych dwóch muzyków sprawia, że każdy wychodzi zmiażdżony, czując jednocześnie niesamowitą ulgę, bo mógł się do woli wykrzyczeć i wyskakać. Nie inaczej jest z Japandroids poza sceną.  Po tylu latach grania, paśmie wzlotów i upadków, okazuje się, że to wciąż ta sama para przyjaciół, którzy czerpią czystą przyjemność ze wspólnego koncertowania. Po świetnym występie w Warszawie Brian King oraz Dave Prowse z chęcią rozmawiali z fanami, pokazując, że to nie tylko zapaleni muzycy, ale również bardzo sympatyczni ludzie. O „Celebration Rock“ mogliście wyczytać już chyba wszystko. Teraz nasuwa się pytanie: „Co z samymi chłopakami?“. Dlatego też powstał ten wywiad. Perkusista Japandroids sprawił mi tę przyjemność, zgadzając odpowiedzieć na kilka pytań. Pargnęłam się skupić na nich samych i na tym, co czują, jak ta cała muzyczna przygoda na nich wpływa oraz... co z nimi dalej?  
od lewej: Brian i Dave 

themagicbeats: Jesteście w połowie swojej trasy koncertowej. Jak się z tym czujecie? 
Dave Prowse: Teraz mamy końcówkę września [wywiad był przeprowadzany we wrześniu], więc jesteśmy dalej niż w połowie europejskiej części naszej trasy, ale wciąż zostały nam trzy miesiące w drodze, zanim wrócimy do domu na jakiś czas. Rzadko przyjeżdżamy do Europy, zatem zawsze zgadzamy się na wszystko i próbujemy dawać tyle konctertów, ile się da, gdy tu jesteśmy. To zabawne, ale to nie jest najmądrzejsza strategia. Po pewnym czasie twoje ciało stawia opór i martwiłem się, że występy na tym ucierpią. Jednak graliśmy naprawdę dobrze do końca września i teraz mamy czas na krótką przerwę zanim wznowimy trasę w Madrycie. Czuję sporą ulge w związkuz tym. Cieszę się, że mam trochę czasu przed kolejnym graniem i jestem zadowolony z tego, że graliśmy dobrze aż do tej przerwy. 
 tmb: „Celebration Rock“ dostaje bardzo dobre recenzje, dajecie świetne koncerty na całym świecie, a przy tym wciąż udaje wam się zachować swoją osobowość. Czy myślisz, że jako zespół osiągnęliście wszystko, co mogliście? 
DP: Cóż, osiągnęliśmy więcej niż kiedykolwiek mogliśmy mieć na to nadzieję, ale wciąż sporo się zastanawiam nad tym, co chcę dalej robić oraz co chcę zmienić lub robić inaczej. Zawsze jest coś, co chcesz ulepszyć albo lekcja, której nauczyłeś się z ostatniej trasy koncertowej lub ostatniej sesji nagraniowej i wtedy myślisz: „Następnym razem zrobię to tak“. Zatem sądzę, że zawsze mamy nowe cele, a te cele zmieniają się z czasem. Moim zdaniem, gdyby zespół się dziś skończył, oboje z Brianem bylibyśmy ogromnie dumni ze wszystkiego, co udało nam się zrobić. Jednak zawsze będziemy głodni nowości związanych z robieniem muzyki. Zawsze jest coś nowego, nad czym można pracować. 
tmb: Miałam szczęście uczestniczyć w waszym warszawskim koncercie we wrześniu i to był jeden z lepszych show, na których byłam. Jednak najlepszym dla mnie momentem było, gdy dziewczyna poprosiła was o zagranie „I Quit Girls“ – piosenki, której nie wykonywaliście przez sześć miesięcy i zagraliście ją dla niej. Wiele zespołów zareagowałoby zwykłym „Nieważne“ oraz zignorowało to. Jaka była twoja reakcja na początku? 
DP: Moją pierwszą myślą była ciekawość, czy w ogóle pamiętamy, jak zagrać ten utwór! „Czy ja w ogóle pamiętam, jak to się gra?“ „A Brian?“. Zawsze staramy się grać każdy występ tak samo dobrze i z taką samą ilością energii, jak to tylko możliwe. Ale kiedy masz przed sobą tak dobrą publikę w miejscu, którego nie odwiedzasz tak często, popycha cię to do robienia wyjątkowych rzeczy. Polska była dla nas bardzo, bardzo życzliwa, więc chcieliśmy dać ludziom najlepszy koncert, na jaki było nas stać. 
tmb: Zwykle traktujecie swój projekt jak przygodę, która może się skończyć nawet szybciej niż się zaczęła. Z drugiej strony, czy moglibyście wyobrazić swoje życie bez Japandroids? 
DP: Myślę, że to zdrowe podejście, jeśli zdajesz sobie sprawę ze śmiertelności swojego zespołu. Każdy fan muzyki wie, że większość grup ostatecznie się rozpada, a większość zespołów, które się nie rozpadły, prawdopodobnie powinny. Świadomość tego pomaga ci zrobić większość z tego, co się wokół ciebie dzieje oraz pomaga ci być pewnym faktu, że wciąż jesteś w zespole z dobrych powodów. Nie będę w tym zespole przez resztę swojego życia, ale obecnie to on pochłania większość mojego czasu i energii. To pierwsza rzecz o której myślę rano i ostatnia rzecz, o której myślę, gdy idę spać. Zatem uważam, że dużą zmianą będzie dla mnie nauka, jak żyć bez Japandroids, gdy ten czas nadejdzie. 
tmb: Zespoły istnieją dla publiki czy publika dla zespołów? 
DP: Jedno i drugie. 
tmb: Wydaje się, że traktujecie rock’n’roll poważnie, a „Celebration Rock“ jest tego dowodem. Czy istnieją też inne gatunki, które miały na was wpływ? 
DP: Każdy artysta, którego cenię – od Bruce’a Springsteena, Abnera Jay‘a, Otisa Reddinga, the Replacements do Fugazi – oni wszyscy tworzą muzykę, o którą się naprawdę troszczą, grają ją z pasją oraz traktują ją niezwykle poważnie. Cenię to bardzizej niż cokolwiek innego w każdej muzyce. 
tmb: Powiedzieliście, że obaj wiecie, jak ten zespół powinien funkcjonować. Zatem co stanowi kwintesencję Japandroids? 
DP: Myślę, że sercem zespołu jest to, że jesteśmy po prostu dwojgiem ludzi, którzy naprawdę kochają tworzyć muzykę i grać ją z taką pasją oraz energią, jak to tylko możliwe.
tmb: I ostatnie pytanie: Jakie są wasze wrażenia po drugiej wizycie w Polsce? 
DP: Mieliśmy duże oczekiwania w związku z przyjazdem do Polski, ponieważ tak świetnie bawiliśmy się za pierwszym razem. Szczerze, to druga wizyta być może była jeszcze lepsza. Mieliśmy świetną publiczność na obu występach i poznawaliśmy niewiarygodnie przyjaznych, szczerych, zabawnych ludzi wszędzie, dokąd poszliśmy. Ogólnie odkryliśmy, że Europa Wschodnia jest naprawdę ekscytującym miejscem do grania. W tej części świata jest po prostu świetna atmosfera podczas wszystkich naszych koncertów i dlatego zawsze chętnie będziemy tu wracać. 

Rozmawiała: Miz

Leave Argentina [wywiad]

Uwielbiam sobotnie, nieśpieszne południa. Jeszcze lepiej, jeśli w ich trakcie pada deszcz, a ty siedzisz w kawiarni znajdującej się w jednej z uliczek okalających krakowski rynek, powoli popijając latte i rozmawiając, nie tylko stricte o muzyce, jaką tworzy Leave Argentina. Ukrywający się pod tym pseudonimem siedemnastoletni Krzysztof opowiedział mi o tym, jak powstaje jego muzyka, z kim pojechałby w trasę koncertową i jak widzi swoją muzyczną przyszłość.



themagicbeats: Skąd przyszło ci na myśl, aby zacząć robić muzykę?
Leave Argentina: Dużo czasu spędzam z muzyką: wstaję - słucham muzyki, jadę do szkoły - słucham muzyki, jestem na przerwie - słucham muzyki... Dobra, bez przesady, nie jestem taki aspołeczny, ale tak, wracam do domu - słucham muzyki, odrabiam lekcje - słucham muzyki, idę spać - słucham muzyki. I to też może to, że mam chęć pokazania czegoś nowego, od siebie.

tmb: Jest jakiś artysta, który cię bezpośrednio zainspirował, czy inspiracje czerpiesz również z miejsc pozamuzycznych?
LA: Nazwę ostatniego kawałka, "Golconde", wziąłem od obrazu belgijskiego surrealisty Rene Magritte, który miał wystawę fotografii ostatnio w Krakowie. Patrzyłem na ten obraz i w głowie tworzyłem sobie formy, które później przelewałem na dźwięk.

tmb: A gdybyś mógł zaprosić kogoś na wokal, albo pojechać z kimś w trasę, to kto by to był? 
LA: Ostatnimi czasy bardzo kocham Machinedrum. W tej chwili, gdybym miał jechać z kimś w trasę, co jest dosyć odjechane, to pewnie z nim. Bycia supportem takich Animal Collective też bym nie odmówił.

tmb: Tworząc muzykę rozpisujesz sobie wszystkie akordy, czy po prostu programujesz ją w komputerze?
LA: Trzy lata temu grałem na gitarze, ale później porzuciłem to na rzecz programów, i aktualnie nie bawię się z akordami.Nad wykształceniem muzycznym jednak pracuję. Chcę się zakumplować z instrumentami. 

tmb: Moim zdaniem, twój pierwszy utwór był radosny, lecz dwa ostatnie są bardziej ostre, taneczne, klubowe. 
LA: Tworzę muzykę od czterech lat, i to wszystko działa na zasadzie metody prób i błędów. To znaczy, nie mam jeszcze wykrystalizowanego stylu, cały czas go szukam, dlatego to, że pierwszy kawałek był skoczny i radosny, może po prostu zależeć od stanu, w jakim się znajduję, aczkolwiek pracuję nad estetyką, staram się sprawdzać w różnych brzmieniach.

tmb: Nie wiem, czy byłeś na Disclosure na Selectorze, ale "Golconde" ma wiele z ich klimatu, robi wrażenie.
LA: Spotykam się z tym, że ludzie bardzo różnie odbierają tę muzykę. Od ciebie słyszę, że słyszysz tam Disclosure, a od przyjaciela, któremu to pokazałem, że brzmi jak koncertowe M83.

tmb: Więc chyba to dobre porównania, co nie?
LA: Fakt faktem, że Disclosure ostatnio dużo słucham, więc jakieś wpływy na pewno mogły z tego być. Poza tym, pokazuję tę muzykę znajomym, i oni mi mówią "ej, to jest serio dobre". To naprawdę miłe, że im się podoba, Na przykład wczoraj pokazałem to kumplowi, który jest wybornym muzykiem i zawsze gdy puszczałem mu te kawałki, stwierdzał "ej, stary, to jest beznadziejne". Ceniłem go za to, że jest szczery, a ostatni kawałek mu się spodobał. To dla mnie super, że ktoś to docenia i na dodatek się podoba. Ja mam taką radochę, śmieję się do monitora przez dziesięć minut, jak widzę, że jakaś nieznana mi osoba słucha na last.fm "You're Mine" lub "Golconde", albo ktoś kiedyś dał serduszko, to potem przez tydzień było "o, ktoś dał serduszko, ale super!"

tmb: I to chyba o to chodzi, żeby tobie to sprawiało przyjemność, ale i zarazem ludziom sprawiało przyjemność.
LA: Tak, masz rację, tym bardziej, że dużo czasu wkładam w proces tworzenia."Golconde", zacząłem tworzyć pod koniec maja. I od tego momentu sukcesywnie co jakiś czas dokładałem do tego coś nowego. Prace skończyłem w połowie lipca.

tmb: Myślisz przyszłościowo o tworzeniu muzyki?
LA: Zdecydowanie tak. Za dużo wkładam w to wysiłku i pracy. Nie wyobrażam sobie, żebym w przyszłości nie zajmował się muzyką, obojętnie w jakiej formie.

W pierwszej połowie 2013 roku pojawi się EPka autorstwa Leave Argentina, zatytułowana "Chapter One". Już teraz możecie posłuchać "Too Young", utworu, który zapowiada wydawnictwo.

Leave Argentina: facebook / badcamp / soundcloud

Rozmawiała:
Natalia

Swim Deep [wywiad]

Pamiętacie Swim Deep, autorów utworu "King City", o których pisaliśmy w maju? Niedawno chłopaki  podpisali kontrakt płytowy z RCA i zajmują się nagrywaniem debiutanckiego albumu, jednak Austin, wokalista zespołu, znalazł czas, aby odpowiedzieć na parę naszych pytań.

themagicbeats: Jak to jest być w młodym zespole, stawać się sławnym, czytać o sobie w NME, grać sesje dla BBC? Czy to najlepsze strony bycia w zespole zdobywającym coraz większą publikę? 
Swim Deep: Najlepszą rzeczą w byciu w młodym zespole jest bycie młodym i w zespole. To świetna rzecz i zdajemy sobie sprawę, że to że mamy szansę robić to wszystko będąc młodymi ludźmi jest niesamowite. Nie jesteśmy jednak sławni, nie dopóki Drew Barrymore tak pomyśli.

tmb: Czy było łatwo znaleźć się w miejscu, w którym obecnie jesteście? 
Swim Deep: To proste w tym sensie, że dobrze się bawimy robiąc to co pozwoliło nam tu dotrzeć, ale nie jest to łatwa zabawa, lecz trudna zabawa. Trudna zabawa to najlepsza zabawa.

tmb: Waszym zdaniem, co jest w was najlepsze, co jest ta rzeczą, która sprawia, że jesteście lepsi od innych zespołów debiutujących w tej chwili? 
Swim Deep: Myślę, że jesteśmy fajnym zespołem i niewiele innych grup wydaje się być tak fajnymi. Nie chcę się kumplować z wieloma zespołami, nawet jeśli naprawdę lubię ich muzykę. Chcemy robić muzykę dzięki której wszystko będzie rozkwitać, a nie więdnąć.

tmb: Co sprawiłoby, że stalibyście się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie? Na przykład, z kim chcielibyście zagrać koncert, nagrać kawałek lub po prostu się pobujać? 
Swim Deep: Chcielibyśmy mieć pozytywny wpływ na naszą muzyczną generację. To by dało nam dużo uśmiechu. 

tmb: Gdy w świat poszła informacja, że zagracie z Pond i Editors, byliśmy pod wrażeniem. Czy Wy również? Jak było? Zdradżcie nam kilka szczegółów zza kulis, okej? 
Swim Deep: Pond to nasze chłopaki, są niesamowici. Jednej nocy w Glasgow wszyscy poszliśmy do kasyna myśląc, że nadajemy się do tego otoczenia. Nie wpuścili nas, lecz Cameron poszedł później sam i spełnił to nasze wielkie marzenie.

tmb: Wyobraźcie sobie, że macie możliwość dać koncert na jakimś dużym stadionie. Czy macie ambicje, aby stać się jednym z największych zespołów na świecie czy zamierzacie być wierni swoim niszowym korzeniom? 
Swim Deep: Ważnym czynnikiem w naszym zespole jest to, że każdy z nas chciałby się wyszaleć na Madison Square Garden i pokazać jak powinno się grać w takich miejscach.

tmb: Jakich zespołów często słuchacie ostatnimi czasy? 
Swim Deep: Temples są najlepszym zespołem jakiego w tym roku słuchałem. Mają jakoś 177 like’ów na facebooku i nie wiem czemu Simon Cowbell jeszcze nie podpisał z nimi kontraktu.

Rozmawiała:
Natalia

Mafia Lights [wywiad]

Nie od dziś wiadomo, że bycie w zespole to ciężki kawałek chleba. Mowa tu przede wszystkim o tych, które chcą osiągnąć spory sukces. Dziennikarze i fani, jak zawsze, wiedzą lepiej. Dajmy jednak szansę na wypowiedzenie się przez samych zainteresowanych. Co kryją? Jak to wszystko wygląda? O czym marzą? Odpowiedzi na te pytania mogą postawić muzyków w kompletnie innym świetle. Posłuchajcie zatem, co członkowie formacji Mafia Lights mogą powiedzieć o sobie, swojej twórczości i dzisiejszym przemyśle muzycznym.


the magic beats: Jesteście trzyosobowym zespołem, więc każdy z was musi mieć inny wpływ na waszą muzykę. Czy możecie przedstawić każdego członka formacji z osobna oraz jego rolę w grupie?
James: Zajmujemy swoje określone pozycje tylko podczas występów na żywo i to wyłącznie po to, by było tak dogodnie oraz sprawnie, jak to tylko możliwe. Mieliśmy zwyczaj wymieniać się instrumentami podczas każdej piosenki, ale to po prostu zajmowało za dużo czasu, więc obecnie Joel gra na gitarach, Cam zajmuje się elektryczną perkusją, odpowiada za sampling przy samplerze, jak również gra na gitarze, a ja gram na syntetyzatorze, basie oraz perkusji. Joel jest także głównym wokalistą, a ja odpowiadam za wokal wspierający, ale i tak namieszaliśmy z tym nieco przy nowych piosenkach, by utrzymać wszystko w ciekawym stanie.
Cameron: Poza muzyką przypuszczam, że łatwiej jest nas scharakteryzować... Joel jest prawdopodobnie najbardziej dostępny, ponieważ ja jestem ten najwyższy, a James jest tym najbardziej pijanym. 

tmb: Jak wygląda u was proces tworzenia piosenek?
James: Jest niezwykle różnorodny… Wiele utworów stanowią pierwotne kompozycje stworzone przez nas indywidualnie, niektóre po prostu pochodzą od wspólnego przesiadywania, a inne są mieszanką dwóch poprzednich – mieszkamy daleko od siebie przez większość roku, zatem często przysyłamy sobie pomysły przez e-mail, a potem dodajemy własne koncepcje i odsyłamy z powrotem aż do momentu, gdy uzyskamy coś, co przypomina piosenkę. Naprawdę też chcę zrobić coś super i stworzyć składankę, używając pozostałości z jedno- lub dwuminutowych pomysłów i zmontować je razem tak, jak The Beatles zrobili to w drugiej połowie “Abbey Road”.

tmb: Czego oczekujecie od swojej muzycznej przygody?
James: Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać… ale nic nie mogło nas przygotować na liczbę krzyczących dziewczyn zdejmujących ubrania na naszych koncertach albo na kupę szmalu, którą wytwórnie muzyczne w nas ładowały! A tak na serio, to nie mieliśmy dotąd żadnych wielkich starć, więc jesteśmy przezornie podekscytowani, ale tak długo, jak wygrywamy, jesteśmy szczęśliwi.

tmb: Przeszłość czy przyszłość i dlaczego?
Cameron: Przyszłość jest jedyną rzeczą, na której powinno się być skupionym. Przeszłość stanowi fundament wszystkiego, co jest teraz, ale ostatecznie jest to jedynie opowieść o naszym wschodzeniu do eschatonu.

tmb: Wolicie minimalistyczne czy totalnie przeładowane brzmienia?
James: Mamy otwarty umysł i czerpiemy natchnienie z wszystkiego – od minimalnych klimatów takich jak “An Ending (Ascent)” Briana Eno do wall-of-soundowej estetyki albumu “Loveless” My Bloody Valentine.
Joel: Ja wolę minimalne i nasycone beaty otoczone przez kalejdoskopową zakrzepicę dźwięku.

tmb: Tom Meighan z Kasabian powiedział, że “Ludzie boją się nagrywać piosenki, które dobrze brzmią w radio”. Czy zgadzacie się z tym? Jeśli tak, to czy jesteście rozwiązaniem tego problemu?
James: Myślę, że taki cytat wspiera fakt, że zespoły takie jak Kasabian są poza zasięgiem dzisiejszej muzyki światowej. W tym momencie szczególnie wydawać by się mogło, że każdy próbuje stworzyć ten niesamowity hit lata dla radia, a jedynie trzeba się zapoznać się z jakością nowej muzyki zespołów takich jak Swim Deep czy debiutu Splashh – “All I wanna Do”, by się przekonać. Obecnie pop jest świetny.
Joel: Gdyby to był problem, to bardzo chcielibyśmy być powiązani z falą zespołów przejmujących radio, ale jak większość ludzi, jesteśmy świadomi tego, że przemysł się zmienia, a przyszłość będzie o wiele bardziej interesująca niż stacje radiowe czy Kasabian.

tmb: Jakie ruchy macie w rękawie?
James: Nazywa się “The Divine Fist” i planujemy użyć go na kimkolwiek, kto ośmieli się nam przeszkodzić. Znamy również Macarenę, jeśli o to ci chodziło.

Rozmawiała: Miz

Patterns [wywiad]

Niedawno pisałam o młodym zespole z Pensylwanii, który jest ciekawą odskocznią od tego, co serwują nam niezależne portale muzyczne. Chłopcy zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytań, w których zdradzają, co zamierzają robić.

the magic beats: Witajcie! Czy zamierzacie namieszać w muzycznym świecie? Jeśli tak, to w jaki sposób?
Patterns: Na 100% zamierzamy wywrzeć wpływ na muzyczny świat. To coś, o czym marzyliśmy, będąc małymi dziećmi. Codziennie pracujemy, by naciskać w tym kierunku. Jesteśmy całkiem pewni, że z czasem namieszamy w muzycznym biznesie.
tmb: We wrześniu wypuściliście swoje demo zawierające 6 energicznych kawałków. Przypominają mi o radosnych letnich czasach, szczególnie wers: „I don't want to waste my life” w „Blastoff”. Jaka pora roku najbardziej pasuje do Waszej twórczości i dlaczego?
Patterns: Tak naprawdę nie ma pory roku, która pasuje no naszej muzyki. Jesteśmy z Pensylwanii, gdzie mamy swoje słoneczne gorące lata oraz zimne szare zimy i odzwierciedlamy to w naszej twórczości. Mamy swoje pozytywne piosenki, ale mamy również mroczniejsze utwory, które poznacie w naszych przyszłych wydaniach.
tmb: Czego możemy się spodziewać w Waszych przyszłych utworach? Czy będą przypominać te poprzednie?
Patterns: Przyszłe piosenki będą przypominały te poprzednie w pewnym sensie, ale będą one bardziej „dojrzałe“ i „postępowe“. Kawałki z naszego demo są jedynie początkiem tego, co chowamy w rękawie.
tmb: I na koniec: Dlaczego zakochamy się w Patterns?
Patterns: Jesteśmy grupą składającą się z 5 różnych osobowości mających wkład w to, co robimy i tworzących muzykę, którą ktokolwiek w dowolnym wieku może słuchać i odnaleźć się w co najmniej jednej piosence.

Rozmawiała: Miz